Skocz do zawartości

und3r

Stały użytkownik
  • Postów

    5174
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    3

Odpowiedzi opublikowane przez und3r

  1. maty wygluszajace to tylko polsrodek jezeli chcesz sie ograniczyc tylko do nich 

     

    najpierw trzeba zadbac o zlikwidowanie zrodel halasu - swiszczace lozyska HDD, wentylki w zasilaczu, na procku, na grafice, w obudowie ... 

     

    dodatkowo jak ktos wspomnial - maty powoduja wzrost temp. wewnatrz obudowy wiec w skrajnym przypadku moze byc na odwrot - bo bedziesz musial przyspieszyc wentylatory zeby temp. byla dobra i bedzie glosniej 

     

    wiec nie sluchaj lamek co to mowia ze obkleili bude od srodka i cisza jak makiem zasial bo po prostu klamia (i sami siebie oszukuja) - najpierw zlikwiduj zrodla halasu a potem (jak efekt bedzie niezadowalajacy) kombinuj dalej

    Wiadomo, że same maty g. dają, ale w połączeniu z innymi zabiegami wyciszającymi można osiągnąć bardzo dobry efekt. Teraz wreszcie mogę słuchać muzy w nocy z dźwiękiem na minimum i komp mi nie zagłusza :)

  2. Prawidłowo :!:

     

    Ja póki co mam farta w kontaktach z dresami - mimo iż "zaczepiali" mnie już trzy razy, to siły musiałem uzyć tylko raz, a straciłem w sumie 1.20 zł :lol: Z tym że ja miałem ułatwione zadanie, bo kolo był jeden :) W każdym razie R3SPECT dla Ciebie, tak trzymaj.

     

    Pzdr.

  3. moze macje podobne 'recenzje' filmow, to wrzucajcie

    Pewno, że mamy! :)

     

    Oto streszczonko "Pana i Władcy", tego samego autora :D :

    (Sorki za te „, ale nie chce mi sie usuwac :wink: )

     

     

    Była cisza a powietrze było spokojne i równie przejrzyste, jak w barze dla stoczniowców w dzień wypłaty, kiedy Sobowtór Russela Crowe (autorzy starają się nam wcisnąć kit, iż to JEST Russel Crowe ale ja oglądałem Gladiatora, więc wiem, że prawdziwy Russel jest przynajmniej o trzydzieści kilo szczuplejszy) wyszedł na pokład rufowy swej jednostki pływającej. I pewnie gdyby nie wyszedł to poranek pozostałby cichym i spokojnym a przygody Sobowtóra można by obejrzeć jedynie na Discovery Channel, w programie "Działania floty angielskiej w okresie 1805-1806 poza basenem europejskim"  , który obejrzałyby jakieś cztery osoby (w tym żona i dwójka dzieci twórcy tejże produkcji). No ale, jako się rzekło, Sobowtór nieroztropnie wylazł i zapoczątkował serię fascynujących i niebezpiecznych wydarzeń, bo w momencie kiedy tylko przeszedł się na dziób ściągnął na swój statek huraganowy ogień francuskiej fregaty. W pierwszej chwili trochę zdziwiło mnie jakim cudem Francuzi wypatrzyli go we mgle, w której ciężko było dostrzec wyciągniętą przez siebie dłoń (wołowinowy spaślak – Sobowtór tak bardzo rzucał się w oczy?!) ale sytuacja szybko się wyjaśniła, okręt francuski był bowiem produkcji Amerykańskiej. No, to wszelkie moje wątpliwości tłumaczy. Amerykanie, jak powszechnie wiadomo, są we wszystkim najlepsi i wszystko co ważne i wartościowe na tym świecie, w tym demokrację, pizzę, prawo rzymskie, miłość francuską oraz rewolucję październikową, zawdzięczamy właśnie Im. Niech się schowają Anglicy ze swoimi Rolls-Royceami, Bentleyami czy Aston Martinami kiedy USA-mani tworzą takie cuda inżynierii jak Rambler, Pontiac czy Dodge. Krótko mówiąc, doskonali Amerykańscy Konstruktorzy Okrętów wyposażyli swoją jednostkę w Pokładowego Jasnowidza (Kaszpirowskij), który wróżąc z fusów kierował ogniem artylerii. W srogiej więc opresji znalazł się, wystawiony na niechybne strzały, Sobowtór i cudem jedynie uniknął dłuższej kąpieli. Uratowało go to, że zrobił błyskawiczny w tył zwrot i zaczął uciekać zaś Francuzi uznali, że czmychający wróg nie jest dżentelmenem w związku z czym nie warto się z nim pojedynkować. Koniec bitwy.  

    Na statku Sobowtóra (nazwijmy go Bentleyem) za wesoło nie jest. Mordercze salwy naprowadzane przez Kaszpirowskiego poharatały zarówno okręt jak i jego załogę. Mamy więc okazję przyjrzeć się pracy drugiego z ważnych bohaterów – pokładowego lekarza, Chirurga Hobbysty (ChiHo). Przyznam szczerze, że kiedy zobaczyłem jego wyczyny to doszedłem do wniosku, że służba zdrowia w Polsce jest stanowczo przepłacana. Ludzie, co ten facet wyrabiał. Amputacja ręki złotowłosemu cherubinkowi trwała 15 sekund i została przeprowadzona przy użyciu zwykłej piły. Trepanacja czaszki ze wstawieniem płytki w płacie czołowym – 30 sekund (tylko dlatego tak długo, że ChiHo tłumaczył szczegóły zabiegu licznie zgromadzonej gawiedzi) a potrzebna była do niej jedynie łyżeczka od herbaty i moneta o niskim nominale. Po prawdzie to ten drugi zabieg ChiHo trochę sknocił, bo pacjent już do końca filmu wygaduje głupoty, których wstydziłby się szerzyć nawet zespół Strefy 11. No ale tak czy siak przeżył i mógł wygadywać te głupoty. Ba, ChiHo był w stanie nawet zopeować się sam. Mało tego, jak już powiedziałem bohater nasz był jedynie chirurgiem hobbystą ponieważ jego prawdziwym powołaniem i celem misji było Poszukiwanie Ptaka, Który Się Nie Podrywa. Krótko mówiąc był multiutalentowany jak Shaquille O’Neal. A nasi lekarze? Uczy się taki 15 lat, grzebie się przy stole operacyjnym ze 12 godzin, marudzi, że tomograf popsuty i jeszcze chciałby zarabiać. No bezczelny, po prostu. Wszyscy lekarze marsz do kina aby obejrzeć film w celu edukacyjnym.  

    Kiedy już wszyscy marynarze są, jako tako, połatani dowództwo okrętu musi podjąć kroki aby rozwiązać Problem. Problem, który doskwiera. I to bardzo doskwiera. Jakiż to Problem? No zastanówmy się, czegóż potrzeba załodze okrętu. Żarło mają i chociaż nie całkiem świeże to i tak zdrowsze niż w pewnej znanej sieci oferującej szlamburgery. Wodę ognistą dostają codziennie – raj na ziemi. Słodkiej wody mają niewiele ale to i lepiej bo dzięki temu nie muszą myć się za często - kąpiel maksymalnie co drugą Wielkanoc. No więc czego im trzeba? Zgadliście, trzeba im bab. Albo jakiegoś surogatu bab chociaż. A w wyniku ostrzału nawet z surogatami jest krucho. Złotowłosy cherubinek w wyniku amputacji ręki stracił sporo ze swej atrakcyjności i w dodatku cały wolny czas zaczął spędzać z ChiHo udzielając mu pomocnej dłoni w Poszukiwaniach Ptaka. Dwóch, hmm, Afroamerykanów tak wbiło się w dumę na widok amerykańskiego okrętu, że przyjęli ideały ruchu abolicyjnego, ciągle śpiewają „John Brown najlepszym naszym przyjacielem był, glory, glooooory, hallelujaaaaah...&  #8221; i pożytek z nich jako surogatów żaden. O skali Problemu świadczy dobitnie fakt, że pierwszą naprawą jaką załoga przeprowadza na Bentleyu nie jest wcale załatanie dziury poniżej linii wodnej a sklejenie żeńskiego posążka na dziobie okrętu. No ale sam posążek to za mało, bo jest tylko jeden i w dodatku drzazgi włażą. Aby rozwiązać problem Sobowtór zaprasza swych oficerów na naradę połączoną z obalaniem Napoleona (V.S.O.P.). Większość członków załogi, całkiem sensownie, jest za powrotem do Anglii w celu wzięcia większego okrętu i użycia co nieco pochędóżki (nie mówią tego ale widać, że oczęta mają chytreńkie, chytreńkie), Sobowtór decyduje się jednak na pościg za Francuzami, przekonując malkontentów starożytną paremią „Jak mawiają Francuzi, co stoi to do ...”. Być może jego obojętność na uroki dam bierze się stąd, że każdą wolną chwilę spędza z ChiHo, w zaciszu swej kajuty oddając się szarpaniu drutów (przy użyciu smyka, oczywiście).  

    Bentley niesiony entuzjazmem załogi w ciągu paru dni nadrabia trzytygodniowe opóźnienie do okrętu Franzuzów (nazwijmy go Ramblerem). Niestety załoga przesadziła nieco z entuzjazmem i płynęła tak szybko, że Francuzów znalazła za rufą. A przecież chodziło o to aby to Anglicy wpakowali Francuzom od tyłu parę salw, a nie odwrotnie. W tym momencie Sobowtór użył pierwszego ze Szczwanych Forteli. Spuścił on bowiem na wodę wianki (na które Francuzi są niezwykle łasi) a sam zawrócił aby przyjąć wymarzoną pozycję, zachodząc przeciwników do tylca. Manewr ten spowodował u mnie opadnięcie szczęki na podłogę. Skoro Bentley płynął najpierw dokładnie z wiatrem to po dokonaniu zwrotu o 180 stopni musiał zaiwaniać dokładnie pod wiatr. Nie jestem Nelsonem ale wydaje mi się to dość nieprawdopodobne. Jedynym wytłumaczeniem może być to, że Sobowtór uznawszy przewagę techniczną Amerykanów zamówił sobie usługi zaklinacza wiatru z plemienia Navaho. Nieistotne to jednak, istotne jest to że mają Francuzów jak na widelcu (Kaszpirowskij widać przysnął zmożony „Stoliczną  8221;- jedynym alkoholem jaki mu pozostał bo wszystkie bourbony zostały wcześniej obalone przez francuskich rewolucjonistów). Ci jednak gnani troską o integralność swojej okrężnicy przyspieszają gwałtownie i znikają załodze Bentleya z oczu.  

    Morale siada dokumentnie. Nie ma bab, nie ma surogatów, nie ma Francuzów. W dodatku psuje się pogoda – jest ciepło, słonecznie i nie wieje – każdego by szlag trafił. Dyscyplina jest niemożliwa do utrzymania nawet przy użyciu klasycznie wojskowej i zawsze dotąd skutecznej urrrwywaszejmaci. Sobowtór chwyta się desperackiego rozwiązania – kieruje okręt na wyspy Galapagos, chcąc ocalić strategiczne zasoby tranu i wmawiając jednocześnie załodze, że znajdą tam całe rzesze spragnionych męskiego towarzystwa seniorit. Angielscy marynarze są klasycznymi męskimi szowinistami bo znajomość faktu, iż wyspy Galapagos są bezludnie wcale nie oznacza dla nich, że nie występują na nich kobiety.  

    Na Galapagos oszustwo Sobowtóra się wydaje – załoga spotyka jedynie wielorybników (płci męskiej). Wielorybnicy cuchną gorzej niż ich okręty (a te cuchną wręcz niemożebnie) więc na surogaty się nie nadają. Groźba przeciągnięcia Sobowtóra pod kilem staje się coraz bardziej realna. Mamy jednak do czynienia z fartem pięciolatki bo ChiHo odnajduje swego Ptaka, Który Się Nie Podrywa a przy okazji zauważa Ramblera. Sobowtór chcąc być pewnym, że tym razem Francuzi nie wywiną się od posług różnych obmyśla drugi i na szczęście ostatni Szczwany Fortel. Fortel jest tak chytry jakby został opracowany przez Stały Komitet ONZ ds. Szczwanego Planowania. Polega on na upodobnieniu Bentleya do statku wielorybniczego i wystawienie się Ramblerowi na łup. Jak zobaczyłem ten wyczyn scenarzysty to wydałem z siebie rozpaczliwy kwik a mózg uciekł mi gdzieś w głąb czaszki. Co za bzdura! Doświadczona załoga Ramblera (że o Kaszpirowskim nie wspomnę) nie rozpoznała okrętu wojennego z odległości 50 metrów?! To tak jakby mechanik samochodowy nie odróżnił czerwonego Ferrari od zielonego malucha mając je dwa kroki przed sobą. Francuzi byli na głodzie tranowym, który przyćmił im mózg? Ech, głupie to strasznie. W każdym razie Rambler zostaje zdobyty, Francuzi są związani i nie mogą się opierać co Anglików bardzo raduje. Jedynie francuskiemu dowódcy udaje się uniknąć strechingu zwieracza i zwiewa. Czy zwiał czy nie, tego się nie dowiemy bo film się kończy.  

    Podsumowanie: nie jest najgorzej. Film całkiem realistycznie pokazuje życie na okręcie wojennym (ciasnota, robaczywe suchary, brakowało mi tylko cuchnącej, zielonej wody w beczkach). Parę scen jak przejście przez wokół Hornu czy efekty ostrzału artyleryjskiego są naprawdę imponujące. Muzyka świetnie dobrana – obok klasycznej filmowej (proste tematy w bardzo rozbudowanej instrumentacji) są utwory  osiemnastowieczne,   szanty etc. Film jest jednak troszeczkę za długi, moim zdaniem pokazywanie dwukrotnie tej samej jaszuczurki schodzącej do wody można było sobie darować. Crowe gra koncertowo, ba nawet nie tyle gra – on jest kapitanem. Reszta obsady trochę gorsza ale trudno żeby ktokolwiek był od Russela lepszy. Ogląda się to nieźle, bzdury, które opisałem w streszczeniu nie przeszkadzają tak bardzo. Polecam.

    Zadowolony? :D

  4. ROTFL!

     

    Ale zapodam wam coś lepszego 8)

     

    Macie tutaj streszczenie M. Rewolucje autorstwa nijakiego ŁOŚ'ia:

     

    Neo śpi na dworcu w Kutnie (albo jakimś podobnym). To znaczy wirtualny Neo (wNeo), bo prawdziwy leży na stole w prosektorium i czeka na sekcję. Z peudonaukowego blekotu dowiadujemy się, że mimo iż nie podpięty znajduje się gdzieś pomiędzy Matrixem a Syjonem. Mamy więc do czynienia z udoskonalonym, wireless Neo - coż za innowacja. Myślałem, że używa systemu bluetooth, ale nie - zęby ma nadal białe jak Pan Bóbr. W pewnym momencie wNeo zostaje obudzony (w Kutnie, na dworcu w nocy) przez małżeństwo zatroskanych programów komputerowych. Programy te pofatygowały się na dworzec w Kutnie ażeby oddać swoje dzieciątko (sic!) do przytułku dla nieudanych programiątek prowadzonego przez Wyrocznię. Długi pseudofilozoficzny       dialog - przedsmak tego co będzie dalej. Przyjeżdża pociąg, programy wsiadają a wNeo próbuje wcisnąć się na krzywą twarz za nimi. Ale PKP nie jest w ciemię bite - 100% zniżki dla Superbohaterów Będących Jedyną Nadzieją Ludzkości zlikwidowano od września. Pewnie za dużo ich jeździło za darmochę. Potrzebna jest szybka interwencja bydgoskiej Policji (w składzie Seraf, Morf, Trin) w Dyrekcji Generalnej PKP. W trakcie interwencji możemy pooglądać bogate wyposażenie przednie Bellissimy, jeden z lepszych widoków w całym tym arcydziele. Dyrekcja Generalna ugina się przed siłą spokoju bydgoskiej Policji i chcąc, niechcąc zawozi wNeo prosto do mieszkania Wyroczni (ze zniżką, of course). Długi, nudny dialog, podczas którego wNeo wysłu<span style="color:red;">[ciach!]</span>e genialnych rad w stylu "musisz zrobić to co wiesz, że musisz zrobić", itp. Wyciemnienie, wracamy do realu (nie hipermarketu).    

    W realu wszyscy pozytywni bohaterowie noszą równie wieśniackie swetry co Grucha. Prawdziwy Neo (pNeo) ledwie wzuwszy tenże przyodziewek, naciąga, używając swojskiego zwrotu "daj się karnąć", Niobe aby pożyczyła mu kluczyki do swego szambolotu (taki pojazd co po kanałach pomyka) na wyprawę do wioski maszyn. Niobe, ponieważ nie zdążyła zamówić na spółę, kluczyki oddaje. Zresztą szybko dostaje nowy, ładniejszy szambolot, w dodatku z super-ekstra-fajow      ą bombką na pokładzie. PNeo zachachmęciwszy klucze bierze pod pachę Trinity i zasuwa do wycyganionego szambolotu, ten jednak nie chce zapalić, ponieważ wyleciał jedyny w pojeździe bezpiecznik. Ale nie wyleciał, ot tak sobie, mamy bowiem do czynienia ze Zdradą. Zdrajcą jest Bane, który, niewątpliwie uprawiając miłość bez zabezpieczenia, zaraził się wirusem komputerowym. Swołocz ten próbuje skrzywdzić naszą Romantyczną Parę, ale pNeo mimo, że oślepiony w trakcie walki chwacko rozwala mu głowę gazrurką. Wyciemnienie.    

    Tuż po odlocie Romantycznej Pary zaczyna się atak maszyn na Syjon. Błyskotliwa taktyka obronna ludzi, zatwierdzona przez Radę Starszych (nie wiedzącą nic o niczym, co również w światach wirtualnych wydaje się być najlepszą rekomendacją do sprawowania władzy), polega na strzelaniu ile wlezie w dziurę, przez którą przechodzą maszyny. Taktyka ta, jak łatwo się domyślić doprowadziłaby do zagłady ludzkości gdyby nie Niobe zasuwająca z odsieczą swoim nowym, ładniejszym szambolotem z super-ekstra-fajow      ą bombką na pokładzie. Jest tylko jeden kłopot - szambolot nie może wlecieć do Syjonu bo brama zamknięta jest na skobel. Tu z odsieczą przychodzi nam as atutowy wszystkich nędznych scenarzystów - Bohaterski Miejscowy Głuptasek (BMG), który heroicznym wysiłkiem dziarsko rozwala przeklętą zatyczkę. Szambolot wlatuje spuszcza super-ekstra-fajow      ą bombkę, trzask, prask i wszystkie maszyny padają jak zboża łan. Nic to jednak, bo Komputer ma w odwodzie siły sto razy większe. Cała nadzieja w pNeo, do którego się przenosimy. Wyciemnienie.    

    Jedzie pNeo borem, lasem. I kanałami jedzie też. Prowadzi Trinity bo pNeo jako ociemniały lepiej nadaje się do dawania światłych rad, w stylu "leć wzdłuż przewodów na pewno dokądś prowadzą". Maszyny, które próbują Romantycznej Parze przeszkadzać pNeo niszczy przez wyciągnięcie ręki przed siebie i uderzenie Jasną Stroną Mocy. Dolatują tam gdzie chcieli jednak lądowanie przebiega tak niefartownie że Trinity przebija sobie oba płuca, co nie przeszkadza jej wszakże wygłosić pięciominutowej tyrady. Scena pożegnania z pNeo zasługuje na Oskara w kategorii Najnudniejsze i Najbardziej Beznamiętne Choć W Założeniu Wzruszające Ujęcie Roku. Dość powiedzieć, że w kinie podnoszą się głosy: no skonajże wreszcie. Na szczęście wszystko co ma swój początek ma też koniec. Wkurzony na maxa pNeo zasuwa do głównego Komputera, któremu przedstawia propozycję dealu: ja ci załatwię agenta Smitha a ty przestaniesz wiercić dziury w Syjonie. Komputer zgadza się, nie wiedzieć czemu i przenosi Neo do Matrixa gdzie czeka już zmultiplikowany wirus Smith. Z bliżej nieokreślonych powodów wirus tenże, zamiast zgnieść wNeo przewagą liczebną postanawia odbyć z nim honorowy pojedynek mano a mano.  W sumie to bez znaczenia bo i tak spuszcza wNeo straszliwy łomot ale głupie. Kiedy już wNeo leży pokonany agent Smith próbuje go przekształcić na swój obraz i podobieństwo i srodze się zawodzi. Bo ta niby porażka to szczwany fortel był. W wyniku tegoż szczwanego fortelu agentom Smithom zaczynają świecić gały a potem pękać czaszki. Nie pytajcie czemu bo nie wiem.    

    I to w zasadzie wszystko. Nastaje pokój, Syjoniści się radują, co się stało z Neo nie wiadomo - czuję, że będzie kontynuacja. Parę głupawych wątków pominąłem - na przykład ten kiedy obowiązkowo politycznie poprawne lesbijka i czarna strzelają z samorobnej bazooki do opancerzonych maszyn, bo to tak głupie, że się nie da opisać.    

    Podsumowanie: aktorstwo-dno, z wyjątkiem nieodmiennie sympatycznego agenta Smitha; gdyby ktoś z Romantycznej Pary próbował zagrać Pinokia to Carlo Collodi przewróciłby się w grobie, że jego bohater jest taki drewniany. Scenariusz - six feet under the dno, dialogi są gorsze niż w telenowelach, co gorsza próbują być "głębokie i podniosłe" z oczywistym efektem. Efekty oczywiście fajne ale to o wiele za mało jak na film z aspiracjami. Podtrzymuję pogląd, że Matrix powinien skończyć się na pierwszej części.  

    Jak dla mnie spoko tekst :D :D :D

  5. Tak się akurat składa, iż jestem w posiadaniu artykułu z gazety z 2050 roku.

    Macie: 8)

     

     

     

     

    Trudno uwierzyć, że procesory optyczne, biokrążki i karty kwantowe pojawiły się dopiero w ostatnich dwóch dekadach. Najważniejszą datą w historii komputerów był rok 2034, kiedy to wprowadzono polimerowe nanoekrany.

     

     

    Dzisiejsze urządzenia docenimy szczególnie wówczas, gdy przypomnimy sobie komputery sprzed 50 laty, które wymagały skomplikowanych operacji manualnych (patrz: „Zapomniane technologie" na końcu artykułu), ukończenia specjalnych kursów obsługi oraz umiejętności czytania (sic!).

     

    Monopolista 3Dfx

    Po zastoju w latach 2001-2006 przemysł IT szybko nabrał rozpędu. Podstawą rozwoju stały się technologie opracowane w poprzedniej pięciolatce, które wówczas były jednak zbyt drogie, by choćby spróbować wprowadzić je na rynek.

    Wbrew powszechnym oczekiwaniom pochodzące z zeszłego wieku tzw. prawo Moore'a (mówiące, że wydajność komputerów podwaja się co 18 miesięcy) pozostało prawdziwe przez pierwsze trzy dekady naszego stulecia. Stało się to możliwe dzięki ostrej konkurencji między firmami mikroprocesorowymi, które nie szczędziły nakładów na badania, byle tylko choćby o pół teraherca wyprzedzić konkurencję. Szczególnie owocna okazała się rywalizacja między Intelem a 3Dfx (firmą, która do 2020 roku nosiła nazwę nVidia). Intel przodował w wykorzystaniu do produkcji procesorów nanotechnologii. Przegrywający w tym wyścigu 3Dfx zdobył się na krok rozpaczliwy: wykupił trzy słynne uczelnie: MIT, Carnegie Melon i Fraunho-fer-Institut, razem z prawem własności do wszelkich prowadzonych tam badań. Dzięki tej inwestycji w 2015 roku mógł na nanotechnologię odpowiedzieć pierwszym domowym mikroprocesorem optycznym. Dodatkowo 3Dfx postawił na polimery podczas gdy Intel trwał przy krystalicznym węglu jako nośniku. Pamiętamy, że legendarny Optical-Voodoo l wymagał osobnej obudowy wielkości małej lodówki. Kwestia wielkości procesora i jego umiejscowienia względem pozostałych komponentów systemu zeszła jednak na dalszy plan, gdy w domach masowo implementowano mechanizmy przetwarzania rozproszonego, czyli tzw. gridu.

    Fani „optyka" cenili sobie jego cichą i niepodgrzewającą atmosfery pracę. Tradycyjny „krzem" już nigdy nie odzyskał utraconej pozycji, do dziś natomiast stosowany jest tam, gdzie małe wymiary są ważniejsze niż duże zużycie prądu i konieczność zastosowania aktywnego i hałaśliwego chłodzenia.

     

    Podziemna moc

    Najważniejszym wydarzeniem z dzisiejszego punktu widzenia było zwiększenie odległości między komputerem a wyświetlaczem i urządzeniami peryferyjnymi. Upowszechnienie w latach 2010-2015 Terabit-Ethernetu pozwoliło wyprowadzić jednostkę centralną z mieszkania i przenieść ją do piwnicy. Superszybkie sieci lokalne doprowadzone do każdego pomieszczenia przekazywały w jedną stronę dane do wyświetlaczy na ścianach, a w drugą polecenia z urządzeń peryferyjnych oraz czytników danych. Warto pamiętać, że jeszcze trzydzieści lat temu zdarzali się pasjonaci, którzy sami konfigurowali swoje komputery, a nawet je osobiście składali (!) i samodzielnie usiłowali sobie radzić z pojawiającymi się problemami. Obecnie należy to do obowiązków administracji osiedla, która w równym stopniu odpowiada za usuwanie awarii wodociągowych, co sporadycznych zawieszeń systemu operacyjnego.

     

    Wszyscy za jednego

    Dziś, „kupując" komputer, płaci się de facto za prawo do korzystania z blokowego klastra. Rezygnacja z posiadania indywidualnych skrzynek rozwiązała kilka istotnych problemów. Pierwotne pecety jednak praktycznie zawsze były niedopasowane do potrzeb -przez większość czasu ich moc obliczeniowa była wykorzystywana w niewielkim stopniu, a gdy użytkownik zapragnął rozerwać się przy nowej grze, przeważnie narzekał na niezbyt płynną animację. Zerwanie z indywidualizmem oraz popularyzacja technologii przetwarzania rozproszonego grid pozwoliło współdzielić moc obliczeniową w obrębie bloku mieszkalnego czy osiedla willowego, a od 2020 praktycznie w całej Europie, USA i większości krajów Azji. Sąsiedzkie współdzielenie czasu procesorów rozszerzono także poza blokowiska po udostępnieniu dla użytkowników indywidualnych infrastruktury Internetu 2. Przeciętny obywatel ma dziś do dyspozycji więcej mocy obliczeniowej niż wojskowe ośrodki badawcze sprzed pół wieku, co sprawiło jednak nieoczekiwane kłopoty.

     

    Kwant kontra bit

    Lawinowy przyrost wydajności komputerów osobistych sprawił, że dawne metody szyfrowania, wykorzystywane przy każdorazowej transakcji, e-wyborach czy zakupach online i w tysiącu innych sytuacji, okazały się zbyt łatwe do siłowego przełamania. Niezbędne stało się zastosowanie metod kryptograficznych opartych na mechanice kwantowej.

    Choć komputery kwantowe znane były od początku stulecia, to do końca drugiej dekady nie było potrzeby ich stosowania w domach i zakładach pracy. Nawet jednak gdy grid postawił pod znakiem zapytania sens tradycyjnych szyfrów, nadal nie istniały racjonalne powody do zastąpienia tradycyjnej architektury komputerów osobistych przez mechanizmy oparte na zjawiskach kwantowych. Znakomita większość zadań mogła zostać wykonana za pomocą klasycznych technologii. Rozszerzono więc jedynie tradycyjną architekturę PC o powszechną dziś QC (Quant-Card). Nowy podzespół oprócz szyfrowania i deszyfrowania zajmował się wkrótce także realizowaniem zadań sztucznej inteligencji, zwłaszcza w grach.

    Najważniejszą jednak zmianą, wywołaną wprowadzeniem QC, była możliwość rezygnacji z pracy umysłowej, świadczonej dotąd przez ludzi. Czwarta generacja Quant-Card, wprowadzona na rynek w 2028 roku, okazała się wystarczająco sprawna, by skutecznie zasymulować umysł absolwenta wyższej uczelni o ilorazie inteligencji na poziomie IQ 130. Zatrudnianie i opłacanie ludzi stało się w tym momencie ekonomicznym absurdem. Wszyscy znamy konsekwencje tego przełomu. Tak zwana Rewolucja Artystyczna, która miała miejsce w krajach rozwiniętych w latach 2030-2035, zmieniła sposób kształcenia. Od tej pory liczy się tylko innowacyjność, oryginalność i talent artystyczny - od racjonalności i wiedzy mamy maszyny.

     

    Ostateczny koniec piractwa

    W upowszechnieniu się idei sąsiedzkich klastrów wielką rolę odegrały BSA i inne organizacje walczące z tzw. piractwem. Odcięcie użytkownika komputera od sprzętu pozwoliło wyeliminować zjawisko nielegalnego korzystania z programów, systemów operacyjnych, muzyki, filmów itp. Od 2021 roku coraz popularniejsze stało się wliczanie do czynszu abonamentu za korzystanie z systemów operacyjnych, aplikacji użytkowych oraz danych kulturalno-rozrywkowych. Przełomem stało się zdelegalizowanie w 2030 roku w USA prawa do indywidualnego posiadania urządzenia cyfrowego niepodpiętego do publicznej infrastruktury sieciowej. W ciągu następnej dekady podobne regulacje przyjęły niemal wszystkie kraje świata (oprócz Libii i rządzonej przez Fidela Castro Kuby). Obecnie przechowywanie urządzenia przetwarzającego dane, niezgodnego z regulacjami zawartymi w tzw. Secure Computing Act, jest w większości krajów traktowane równie surowo co handel narkotykami.

     

    Prawdziwa mobilność

    Tym, czym Terabit-Ethernet i grid były dla komputerów domowych, tym dla urządzeń kieszonkowych stał się standard Wi-Fi 2. Możliwość korzystania z tych samych aplikacji w domu, na plaży czy w trakcie grzybobrania może się dziś wydawać oczywista, ale warto pamiętać, że pół wieku temu człowiek pozbawiony dostępu do sieci kablowych mógł co najwyżej komunikować się głosowo. Wymiana dwuwymiarowych, nieruchomych obrazów uznawana była na początku naszego wieku za wielkie osiągnięcie. Dziś niewiele jest miejsc na Ziemi, gdzie zabrakłoby nam mocy obliczeniowej. Choć oczywiście Wi-Fi 2 nie pozwala na rzeczywistą zdalną pracę na maszynie spoczywającej w piwnicy naszego domu, to ujednolicony system subskrypcji gwarantuje każdemu podatnikowi dostęp do najbliższego klastra, dysponującego wolnymi mocami. Jako anegdotę warto tu przypomnieć, że kiedyś osobom potrzebującym korzystać z technologii przetwarzania informacji w podróży (a kto niby tego nie potrzebuje?) proponowano tzw. notebooki, czyli ważące do 5 kilogramów komputery, z trudem mieszczące się do sporej torby. Trzeba pamiętać, że część tej pokaźnej masy stanowił wyświetlacz o oszałamiającej wielkości sięgającej... 15 cali. Trudno sobie wyobrazić, jak można było cokolwiek zobaczyć na tak małym ekranie, prawda?

     

    Napisy na ścianach

    Najważniejszym wynalazkiem z dzisiejszego punktu widzenia było wprowadzenie w 2034 roku do procesu produkcyjnego materiałów budowlanych warstwy nanoekranów, (zwanych dawniej elektronicznym papierem. Organiczne wyświetlacze, które stanowiły podstawę nanoekranów znane były od końca XX wieku, a elastyczne, składane ekrany o grubości nie przekraczającej 3 milimetrów przy praktycznie nieograniczonej powierzchni powszechnie stosowano od 2017 roku. Od tamtej pory można było nosić ekran ze sobą i rozkładać go nawet na ziemi, ale... właśnie - trzeba go było nosić. Nanoekrany stanowiące zewnętrzną warstwę każdej ściany, tak zewnętrznej, jak i wewnętrznej, pozwoliły uwolnić się od

    lekkich wprawdzie, ale niezbyt poręcznych płacht. Rozkładanie organicznych wyświetlaczy na świeżym powietrzu było szczególnie irytujące w wietrzne dni... Nanoekrany spotkały się początkowo z ostrą krytyką, gdyż brak odpowiednich regulacji prawnych prowadził do nadużyć ze strony właścicieli sklepów. Konfigurowali oni swoje systemy reklamy ulicznej, tak by odczytywały dane osobowe przechodniów, j a następnie po nazwisku wzywały " do zrobienia zakupów. Gorszący widok przemykającego chyłkiem człowieka, którego goni wielki napis na ścianie: „Kowalski! Kiedy wreszcie kupisz zabawkę dla Twojej Zosi?!!" był wówczas, niestety, dość częsty. Początkowy chaos minął, korzyści pozostały: możemy mieć ekran w każdym miejscu, w którym jest chociaż jedna ściana. Wielkość obrazu ogranicza nam jedynie liczba chętnych do skorzystania z tego samego kawałka muru, co, niestety, przy stale rosnącym przeludnieniu staje się poważnym problemem (jeszcze w zeszłym roku statystyczny obywatel aktywował nanoekran o przekątnej 53, gdy w tym roku jedynie 49 cali).

     

    DNA pamięta wszystko

    Dawni miłośnicy filmów (wówczas jeszcze całkowicie pozbawionych interaktywności) gromadzili swe zabytkowe zbiory na płaskich dyskach, wykorzystujących do przenoszenia informacji zapis optyczny. Metoda ta nie była zbyt wydajna. Choć trudno w to uwierzyć, jeszcze trzydzieści lat temu na wykorzystujący tzw. niebieski laser krążek wielkości talerzyka do ciastek mieściło się zaledwie kilkanaście dwuwymiarowych filmów o żałosnej rozdzielczości. Pamięci holograficzne, które w 2018 roku zastąpiły dwuwymiarowe metody zapisu, też nie wystarczyły na długo. Na szczęście wówczas pojawiły się szybkie metody syntezy DNA, będące podstawą dzisiejszych biopamięci. Warto tu przypomnieć, że metodę zapisu informacji w formie łańcuchów związków chemicznych znano już na początku XXI wieku. Wówczas jednak zarówno zapis, jak i odczyt były niezwykle wolne - odszyfrowanie kilkuset megabajtów trwało nawet kilkanaście godzin. Dopiero wynalezienie w 2034 roku szybkiej metody syntezy DNA pozwoliło na produkcję powszechnych dziś biokrążków, na których w ciągu minuty możemy zapisać do 27 peta-bajtów danych (dane dla modelu Seagate Whale IV).

    Od 2035 roku coraz silniejsza była tendencja do umieszczania układów interfejsu w cyberprotezach oraz digitalizowania zmysłów, ale o tym w następnym odcinku.

     

     

     

    ZAPOMNIANE TECHNOLOGIE:

     

    UMTS - system tzw. telefonów komórkowych trzeciej generacji. Nigdy nie wszedł do powszechnego użycia. Nim pojawili się klienci gotowi płacić za dużą jak na ówczesne czasy przepustowość, rynek podbiły wideofony korzystające z Wi-Fi 2.

     

    Linux - darmowy system operacyjny o powszechnie (sic!) dostępnym kodzie źródłowym. Został zakazany w 2014 roku w wyniku serii procesów sądowych o naruszenie praw patentowych.

     

    Windows - popularny synonim archaicznego interfejsu obsługi komputerów, wymagający wymachów i skrętów prawą ręką w celu przesuwania obiektów na ekranie.

    Windows dominował przed opracowaniem technologii pozwalającej precyzyjnie odczytywać różnice potencjałów elektrycznych wybranych zwojów mózgowych, co stało się podstawą dzisiejszych interfejsów typu ThinkCIear®.

     

    Klawiatura - najpopularniejsze urządzenie do wprowadzania danych przez cały XX i na początku XXI wieku. Wymagało ono sekwencyjnego wciskania stu klawiszy, przy czym jedno naciśnięcie przekazywało do komputera tylko jedną literę (!). Było wyjątkowo niewygodne i nieergonomiczne (korzystanie z klawiatury prowadziło do schorzeń dłoni), wymagało długotrwałego treningu do względnie szybkiej obsługi.

     

     

    :D :D :D :D :D

  6. tosobie patrz na wf jak fika nogami a zobaczysz co bedzie jak podejdzie do niego 2 dresow  ciekawe czy powie, "panowie wezcie sie odsuncie z metr do tylu bo z tak bliska nie moge was kopnac"  

    Ta Capoeira ktora ucza teraz to sztuka dla sztuki...

    Dokładnie... Sztuka dla sztuki :?

     

    Sl!qe :arrow: Postaw na przeciwko siebie gościa cwiczącego capoeira'e i gościa znajacego chociaz troche krav-maga albo combat56 w ciemnym zaulku i zobacz co sie stanie... :P :? 8O

  7. Ja ci powiem tak...

     

    Jeżeli chcesz nauczyć się skutecznie walczyć w ultra-krótkim czasie, zapisz się na combat56 - to taka bezkompromisowa sztuka walki, polegająca na jak najszybszym wyeliminowaniu przeciwnika. Stosuje się w niej takie ciosy jak:

    - uderzenie w krtań

    - atak na gałki oczne

    - gryzienie

    - itp :wink:

     

    Jeżeli chcesz walczyć skutecznie, ale z klasą, zapisz się na Kung-fu.

     

    Jeżeli ma to w dodatku być efektowne, zapisz się na Kung-fu WUSHU.

     

    A jeżeli chcesz walczyć super-efektownie, ale nie zbyt skutecznie ( :wink: ) zapisz się na Capoeira'e 8)

×
×
  • Dodaj nową pozycję...