kiedyś z kumplami wpadliśmy na genialny pomysł żeby porzucać kamieniem o kamień bo fajnie iskry wtedy lecą. Ja oczywiście przodowałem :D uniosłem kamień nad głowe (taki nawet spory i ostrymi krawędziemi :P) i srru.... z całej siły. Pech chciał że kamień odbił sie jak piłka i mnie udziabał w piszczel chwile poskakałem bo bolało niemiłosiernie i olałem sprawe było ciemno i nic nie widziałem. W dorodze do domu poczułem że mam mokrą skarpetkę okazało sie że mam rozcięcie nie duże ale baaardzo głębokie. w kości do dzisiaj mam nierówność
oczywiście zaraz mnie rodzice na pogotowie zawieźli(mają tendęcje do przesadzania) założyli mi aż 3 szwy :lol: które i tak potem wyrwałem wczodząc w zakręt komarkiem niczym w GP