Jump to content
tomasir

Książki fantasy

Recommended Posts

A tak BTW: czytałem już Ziemiomorze(1cz)... Mówie Wam: ZAJEBISTE!!! Właśnie o coś takiego mi chodziło... Teraz musze sobie kupić 2gą cześć[lub konto na netlook.pl :twisted: ]. Z tego co czytałem dobrze się zapowiada Mroczna Wieża... A Tolkiena musze się przyznać że w rękach miałem ale jakoś mnie nie pociągło żeby przeczytać... Może kiedyś... Ale teraz w najbliższym czasie bede czytał może Wiedźmina :)

Share this post


Link to post
Share on other sites

Tytułem wstępu: to poniżej to ziemiopłód będący efektem traumatycznego przeżycia czyli lektury "Skarbów Stolinów" niejakiego Rafaella A. Ziemkiewicza. Książka ukazała się w bardzo wczesnych latach 90. i tylko temu faktowi zawdzięczać należy ukazanie się jej drukiem i dużym nakładem. Nie wiem co prawda, w jaki wykrętny sposób wydawca Andre Norton i obłędnie potwornego cyklu "Solar Queen" wyjaśni obecność wzmiankowanego na rynku księgarskim, ale to nie należy do rzeczy. Albowiem jeno "Skarbów" przypieprzać się na razie umyśliłem.

Ad rem - książka składa się z dwóch części, z których jedna to jakaś wprawka literacka, ewentualnie rzecz, która, jak to teraz młodzi mówią, "robi klimat". Nie jest związana fabularnie, rodzinnie, prawnie ani w żaden inny drański sposób z resztą, czyli "Skarbami" właściwymi. Chociaż na dobrą sprawę część oważ mogłaby wobec odrażającego warsztatu literackiego traktować równie dobrze o intymnych sprawach jętek jednodniówek lubo zgoła o rzyci. Autor z niefrasobliwością polskiego rządu kleci smętną historyjkę o transwestycie (to ta pierwsza część właśnie), którego niewąsko zirytowany fatrowski przegania precz ze stada, obrzucając go nawozem i plugawym słowem na pożegnanie. Transwestyta poprzysięga zemstę i lezie gdzieś w puszczę. Gdyby w tym miejscu coś, dajmy na to niedźwiedź lub stado wilków, owegoż zeżarło, nie obraziłbym się. Ale nie ma tak dobrze, transwestyta łazi tu i tam, przybywa do jakiejś wioski, gdzie ze względu na umiejętności językowe zostaje czymś w rodzaju wioskowego radia i snuje, zgrabne niczym kulawa staruszka, jak autor uparcie to nazywa, "gędźby". Potem, ze względu na umiejętności językowe nieco innego sortu, bisurmani żonę gospodarza, o czym tenże ni cholery nie wie przez dłuższy czas. Transwestyta gdzieś tam jeszcze lezie, zbisurmaniona niewierna żona zostaje koniec końców wygnana, mąż rogacz doznaje wku.rwu srogiego, a finał tego paskudztwa jest taki, że on ją kocha, ona go zdradza, a wszystko kończy się źle. A nie, jeszcze nie, w tak zwanym międzyczasie transwestyta napotyka wrogie oddziały ciężkozbrojnej jazdy (nawiasem mówiąc przedzierającej się przez gęstą, wilgo... khem, puszczę wraz z taborami, końmi, zamtuzami na kółkach, ciurami, meteorologami i całym tego typu majdanem. Zaryzykować można stwierdzenie, że autor był raz w zagajniku na rowerze, a zbroję widział na Discovery, skoro beztrosko zakuwa rycerzy w pełne zbroje płytowe, sadza ich na bojowe rumaki, za czem każe nieszczęśnikom wlec wyładowane po odblaskowe trójkąty wozy przez bagniste lasy z kopiami w mackach i przyłbicami na szpetnych fizys. Nadto uzbraja on wrogów owychże rycerzy, czyli jakichś tam leśnych ludzi śpiących na drzewach, w dwumetrowe włócznie z licznymi haczykami. Istnienie haczyków uzasadnione jest koniecznością ściągnięcia szarżującego ciężkozbrojnego z konia owąż włócznią. Jakim sposobem piechur ma zatrzymać i zrzucić na ziemię rozpędzone masy konia, człowieka i żelastwa zaostrzonym patykiem, tego autor już nie wyjaśnia. Nie mówi też ani słowa o tym, czym potem należy owegoż rycerza zarzezać. W 1990 pojęcie Plug'n'Play nie było jeszcze tak rozpowszechnione, ale domniemywać należy, że włócznie walecznych borostworów były czymś w ten deseń właśnie - rycerza je.budu na grunt, potem szybko odinstalować ostrze włóczni, zarżnąć niegodziwca, ostrze zainstalować, sterowniki pobrać z microsoft.com, następny proszę. The power of USB. Koniec "nawiasem mówiąc".), więc napotyka rycerzy, wodzi kilkuset rosłych chłopów jak dąb i na schwał po jakichś krzaczorach niczym szkolną wycieczkę, a potem, kiedy kończy się wódka, ladacznice się opatrzyły i wszyscy chcą wracać do domu, wpycha całe to wojsko na koncert Rammsteina - z lasu wyskakuje banda płonących istot i chyżo mknie przez młakę celem przerobu rycerzy na konserwy turystyczne. Rycerze zasię nie z g..na ulepieni i dawaj, kopie opuść, przyłbicę takoż i w konie, bić psubratów (piechurów kopiami, tjaaa). Wojsko zostaje wybite do ostatniego marudera, transwestytę ktoś w ferworze bitwy przecwelił pistoletem do kołków rozporowych, a miejsce bitwy zostaje oznaczone jako skażone, nawet brahminy tam nie chodzą. Bestseller i bestkallafior jak idź w męski narząd moczowo-płciowy, wróć w piątek.

Potem następuje druga część, również zawierająca miliony świetnych pomysłów. Oto mamy gołowąsa, barda-pederastę i Gandalfa, zwanego dla niepoznaki żercą. Jak powiedział AS - "zaiste, brakuje jeno chlejców". Gołowąs rad by coś puknąć i zetrzeć puch swej niewinności, bard jak to bard żłopie piwo i bredzi, a żerca grzebie w swej torbie pełnej magicznego ziela i patrzy, jak by tu zajarać żeby nie sępili o bucha. W tę sielankę wpada jak ekskrement w wentylator krasnolud, dla zmylenia wroga nazwany tu "stolinem" (dobrze, że nie "stolcem". Pewnie w drugiej części byłyby i żrące stoliny, w skrócie stolce.). Ówże stolin czy tam stolec okropecznie broczy posoką, zbroja na nim porżnięta piłą łańcuchową Husqvarny, oko błędne, drugiego nie ma, i w tym wyjściowym ancugu łomocze do bram grodu, gdzie przebywa wymieniona zbieranina. Okazuje się, że gród zamieszkuje więcej niż pięć osób na krzyż (ale niewiele, a i ci to jakieś tekturowe manekiny, których byt wyraża się w dwóch słowach na całe dzieło. Czemu tekturowe? Poraniony jak obiekt badań perwersyjnego chirurga krasnolud ma na sobie złotą zbroję, nabijaną radośnie diamentami i innym jubilerskim śmieciem. W całej tej cholernej krainie tylko las, pole, las, kmiecie i cycate dziewki, za srebrnika można kupić całą hordę Judaszów, nie wspominając o połowie wioski. A tu zjawia się złoto-diamentowa zbroja, nadziana półżywym właścicielem, który i tak wygląda już jak własne zwłoki. I co robią mieszkańcy na widok tego bogactwa? Ano stają i niczym lemowskie kobyszczę robią "oooo!". I nic, żadnej sceny szarpania, bicia, wyrywania sobie z rąk drogich kamieni, żadnego bilansu stratowanych i uduszonych w ścisku, żadnego właściwego wszystkim ludziom dzielenia skóry na niedźwiedziu. Pewnikiem wrzucili krasnoluda, pardon, stolca, do gnojówki, Nosikamyk wyjmij palec z nosa. Znów mi okropecznie długi nawias wyszedł. Sory gregory.). Zatem stolec w złotej zbroi przynosi zmiętoszony faks od jakiegoś capo di tutti capi z gór (pewnikiem Szarych, gdzie złota, jak wiadomo, nie ma), w którym jest trochę świńskich rysunków, jakieś wyzwiska i rozpaczliwe wołanie o pomoc dla głodujących Etiopczyków. Zanim ktokolwiek zdążył polecieć na ksero albo chociaż wynotować najważniejsze, jakiś bezmózgi kołek wrzuca faks do kominka. I w ten chamski sposób autor zmusza gołowąsa, barda i upalonego cokolwiek chlejcę do wyruszenia w owe góry, bo faks doszedł z uszkodzonym nagłówkiem i nie wiadomo za bardzo, kto go nadał. Stolec w zbroi wyzionął ducha, a że zeznań ze zwłok nawet NKWD nie potrafiło wydusić - nie ma rady, pora zostawić gościnny gród manekinów i wyruszyć w Szare Góry, gdzie złota i tak dalej. Gołowąs wyrusza tak jak stoi, tylko gaciow świeże zakłada. Naprędce kombinuje ciupagę, trochę słoniny i granatów w chlebak (chlebak, jak nazwa wskazuje, służy do noszenia granatów. Żeby się w marszu nie chlebotały.) i hajda w góry. Bard struga sobie zgrabny kijaszek, ciupaskę kradnie z pobliskiego straganu i nuże za gołowąsem. Chlejca ma dylemat - kumple poszli, a tu roślinki już ponad metrowe, doglądać trzeba, podlewać, męskie od żeńskich oddzielać, masa roboty. Ale że wczoraj ściszał telewizor, tedy nie waha się długo - pakuje kilka lufek, zapałki i staf do saka i goni kompanów od bągosa. Idą, idą, idą i mogliby pewnie tak czterysta stron, ale autor nie jest aż takim okrutnikiem i już po kilkudziesięciu stronach stawia na drodze analnego tria góry. Góry jak góry, Szare i złota w nich nie ma, na dodatek nawet świstaka-szczura do upolowania i spożycia brak, tedy śmiałkowie głodują, marzną (bo im wyżej, tym lasu mniej, aż w końcu nie ma z czego zrobić ogniska ani urwać patyka do dłubania w zębach) i tak dalej, ale ani na moment nie zastanawiają się, na cholerę tu przyszli. Pewien przełom następuje, gdy napotykają przepaść (a kot Sylwester na tratwie zawsze napotyka wodospad, znacie to?). Chlejca skręca ze swych pendehos mocarną linę, przerzuca ją przez wzmiankowaną przepaść, przywiązuje do kamienia (to musiała być elfia lina, bo z drugiej strony przepaści sama się pewnikiem do kamienia przywiązała) i kopie barda w rzyć, iżby pospieszył się z przeprawą, bo nadchodzą langoliery, barbarzyńcy, Czarny Mor i Tomasz Lis w skórzanej bieliźnie. Ledwie bard przeszedł po linie (bard, kojarzycie? Taki kolo, co siedzi po karczmach, brzdąka na lutni i obłapia córkę karczmarza oraz kufle, nagle bez najmniejszego pierdnięcia czy obawy chwyta w cherlawe garście linę i wisi na niej dobre kilka minut. Mało? Dalej jest jeszcze weselej.), zatem ledwie przeszedł bard, a gołowąs wypił bez zakąszania dla kurażu i odwagi, z niebytu i odbytu wyłania się jeździec na koniu. Jeździec jak to jeździec, widmowy, zły, bo zabłądził, na dodatek jakaś banda popaprańców gapi się na niego jakby miał coś między zębami. Jako że nie trawi buraków, bez słowa wyjaśnienia naciera na chlejcę. Chlejca, który zdążył już wciągnąć nieco magicznego proszku, uzyskuje źrenice jak pies Andersena i czas reakcji komputera od ABSu, przemyka się pod końskim brzuchem, gilga w prostatę jeźdzca, za czem pada, rażony w czerep kulkami analnymi tegoż. Gołowąs robi pod siebie, bard się wydziera i dzwoni na 112, chlejca trwa w odmiennym stanie świadomości, jeździec nie wie, o co chodzi w tej książce, ja też nie i na to wszystko zjawia się przerośnięty husky. Skąd, jak, po co, dlaczego, kto i kogo - ani słowa. Dość, że husky zjawił się i precz pognał jeźdzca, którego stopień dezorientacji zaczął być niebezpieczny dla i tak już chwiejnej spójności fabuły. Jeździec znika, husky zostawia numer na komórkę i też się ulatnia, chlejca ma haluny jak 150, gołowąs usiłuje myśleć, ale tak go to męczy, że przywiązuje sobie przedłużaczem chlejcę do pasa i huzia na linę. Lina, potraktowana tak grubiańsko, zaczyna trzeszczeć i pękać, na co bard z drugiej strony przepaści, który już zdążył użyć stimpacka, chwyta owąż i klnąc pod nosem wyciąga gołowąsa, nieprzytomnego chlejcę i co najważniejsze zapas zieleniny na najbliższe kilka dni. Z chlejcy pożytek przez dwa dni żaden, na dodatek śkujwisin schował gdzieś zapałki, tedy bard i gołowąs nie mają wyboru i siedzą jak wołowe rzycie dwa dni nad tą przepaścią, zastanawiając się, po diabła się w to wplątali. Wreszcie chlejca odzyskuje wizję i fonię, za czem raźno wskazując wschód i Kowno, nakazuje pospieszny marsz. Kiedy pika mu licznik Geigera, zarządza postój i wycofanie się na z góry upatrzone pozycje. Jak się okazuje - słusznie. Oto parę kroków dalej otwiera się silos atomowy i wyskakuje zeń kilka egzemplarzy stolców w nastrojach raczej bojowych. Ale cóż to jest, kilku wyćwiczonych w boju, silnych jak tury i uzbrojonych w obosieczne topory osobników dla dzieciaka, starego pedała i ćpuna, który powinien trafić na detoks, zamiast do tej genialnej powieści. Nie mitrężąc, rozprawiają się oni ze wzmiankowanymi stolcami w trybie pilnym, po czym wchodzą do silosa bez kawałka pochodni. W sukurs przybywa im tajemnicza czerwona poświata, której jest w całym silosie od cholery i ciut, a która wiedzie całą tę czeredę w sobie tylko znanym kierunku. Silos okazuje się być zatopionym przez SS tajnym bunkrem Hitlera, bohaterowie na siebie co chwilę wpadają, coś tam zarzynają, coś znajdują, ściga ich ktoś. Pod te cosie i ktosie można podstawić dowolne nazwy i napisać milion takich książek. Jedynym zacnym momentem, w którym zniknął z mej różanolicej fizys grymas obrzydzenia, jest scena, w której chlejca znajduje i zapala pochodnię, a kumple orientują się, że ktoś mu zajumał cień i może być z tego nielichy smród. Gdyby cała książka była napisana tak, jak ta scena (pomijając drewniane dialogi) to tego mojego bełkotu by nie było. Za czem następuje kolejne kilka stron łażenia po bunkrach, głupawych odzywek (wszyscy w tej książce zwracają się do siebie per "dobry człowieku", a imiona brzmią jak spadające ze schodów wiadro pełne żwiru pomieszanego ze śrubami M12 albo onomatopeja gruźlicy), potem przypadkiem trafia się patrol skautów. Skauci to też stolce, które zdają się nie wiedzieć, że oto mają przed sobą morderców współbraci, tedy beztrosko wiodą ich do bossa. Boss to już stary pryk, najchętniej ciepnąłby cały ten pieprznik i wyjechał śladem Wieśmina Żebrowskiego w Bieszczady, ale autor nie pozwala. Tedy boss karmi i poi bohaterów, a żeby im się lepiej trawiło, zasuwa mętną gadkę o honorze, pradziadach i czarnych stolcach, których rzekomo namnożyło się ostatnio jak psów. Czarne stolce to ścierwa niegodne ocalenia, powiada boss, i znakiem tego jeszcze po jednym, a potem formujemy trójkąt i strzelamy do wszystkiego, co zaszeleści w tej cholernej dżungli. Czarne stolce okazują się być nad wyraz bitne, wspomaga je zresztą jakiś Saruman czy inny Srajmarilion, który chce posiąść Cindy Crawford w pozycji szczęśliwego psa i władzę nad światem. Pierwszą część planu odkłada na później, ochoczo zabierając się do drugiej. Przódzi wysyła cień chlejcy ku niemu, jednakowoż gołowąs doskakuje z boku i rąbie, tnie i siecze ówże ze skutkiem dla cienia śmiertelnym (toporem! cień! ratunkuuu!). Chlejcę tak ta ofiarność wzrusza, że zażywa trzy kwasy naraz i doznaje takiego tripa, że do końca książki ma o czym opowiadać. Widzi mianowicie koronę, Sarumana i wulkany, a wszystko przepasane jakby wstęgą, miedzą zieloną, na niej z rzadka ciche grusze siedzą. Saruman sięga po koronę, korona mu wypada z trzęsących się łap, chlejca coś wrzeszczy, następuje pewne zamieszanie okraszone kiczem, Elvis odnajduje się w Wąchocku, czarne stolce nacierają, Hitler zostaje strażakiem w Hamburgu a autorowi kot zeżarł konspekt powieści, skutkiem czego mamy piękny przykład improwizacji dobitej potwornej jakości warsztatem literackim. Za czem czarne stolce zaszywają się w jakąś dziurkę Des-durkę, stolce zwykłe dziękują bardowi, gołowąsowi i chlejcy i oferują zapłatę w kruszcu, który już nie mieści im się w magazynach. Bohaterowie okazują się całkowitymi kretynami i rezygnują z bogactwa, wspaniałomyślnie wysyłając otrzymane dobro na rzecz wróżki Semiry, po czym prowadzeni przez pana Wołoszańskiego opuszczają bunkry i wracają do domu. I tyle. Zamiast posłowia otrzymujemy nędzne wykręty, że niby to tłumaczone z khegrriokhangikhugrreńskiego na nasze i dlatego takie biedne, a te włócznie to wcale nie włócznie, tylko dwuręczne miecze na patyku, a konnica to nie konnica, bo syfilis w prążki i tak dalej.

Okropność, nie czytać. Ja przeczytałem i dzięki temu trochę się pośmiejecie, ale więcej nie będę, bo dostałem wysypki na zmyśle estetyki języka.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Bardzo dobre cykle fantasy to:

 

1. "Opowieść z Malazańskiej Księgi Poległych" Stevena Eriksona wydana do tej pory w sześciu tomach. Jak dla mnie na równi z Sapkowskim jak nie lepsza.

2. "Czarna Kompania" Glena Cooka - świetny wielotomowy cykl.

3. "Imperium Grozy" też Glena Cooka i też świetne.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Polecam wspaniały cykl Amber Rogera Zelaznego. Pierwsza w serii to książka o tytule "Dziewięciu Książąt Amberu". I do tego jeszcze świetne RPG w tym świecie.

 

PS Jonas: Gratuluję kunsztu. Arcyśmieszna recenzja. Naprawdę z ciekawością przeczytałem.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Fantasy

1. Robert Jordan cykl "Koło Czasu"

2. Roger Zelazny cykl "Amber"

3. Tolkien - wiadomo co ;-)

 

Fantastyka:

1. Rafał Ziemkiewicz - Pieprzony los kataryniarza - polecam

2. Frank Herbert - Diuna

3. Stanisław Lem - Niezwyciężony

Share this post


Link to post
Share on other sites

A pisalem juz o "Trylogi Skrytobójcy" Robin Hobb jak nie to to jest Musthave czytalem 3 razy i zawsze mi sie podobala a trzeba wam wiedziec ze to w sumie ponad 2000 str. . Cykl(ten sam autor/autorka) Kupcy i ich zywostatki tez niezly.ale do TS sie nie umywa

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jak dla mnie Terry Goodkind przebił Tolkiena swoją sagą "Miecz prawdy" 8 tomów ( 9 podobno już będzie dostępny ) każdy ponad 600 stron a czytając człowiek nie może się oderwać. Z każdą nstępną stroną opowieść rozwija się. Bardzo ciekawym tytułem jest także Mroczna Wierze - Stephena Kinga ..

Share this post


Link to post
Share on other sites

E... właśnie jestem w 5 tomie bodajże i staje się trochę liniowe i monnotonne, szczególnie te wprowadzenia z poprzednich części. Ale generalnie fabuła czasem zaskakuje miło. No i trudno się oderwać :]

 

Z ciekawych rzeczy /no może nie w 100% fantasy/ polecam jeszcze Anne McCaffrey i sagę o smokach ;] Całkiem miło się czyta - choć teraz wyszedł już ~17 tom ;]

 

W miarę fajny /próbujący naśladować Sapkowskiego, ale niestety niedorastający mu do pięt/ jest też Artur Baniewicz i jego trylogia o Debrenie z Dumayki - choć 3 tom się ledwo da czytać pozostałe dwa są niezłe.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zapomnieliście o Ziemiańskim jego trylogia "ACHAJA" rewelacyjna szczególnie 1 i 2 tom to jedne z najlepszych książek fantasy jakie czytałem , a już na pewno najlepsze napisane przez Polskiego pisarza jak dla mnie to bije nawet "Wiedźmina"

Share this post


Link to post
Share on other sites

Założyłem kiedyś podobny topic i ktoś polecił mi Ziemiomorze.

 

Dziś po przeczytaniu 4 tomów Ziemiomorza mogę śmiało polecić. Najlepsza według mnie jest część trzecia - "Najdalszy brzeg". A to dlatego że bardzo dużo się dzieje podczas trwania książki :)

Zostało mi do przeczytania tylko: "Opowieści z Ziemiomorza"(jest tam kilka histroii o Ziemiomorzu, opowiadań etc.) i "Inny wiatr"(5. część)

 

BTW. Szukam ebooka "Inny wiatr" (piąta, ostatnia część Ziemiomorza napisana lata po wydaniu czwartej - "Tehanu" - która miała być ostatnią)

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ursula K. Le Guin - "Czarnoksięznik z archipelagu" - to jest chyba któraś z części pięcioksiągu tejże autorki - czytałem całość jakieś 8 lat temu. Bym podał inne tytuły, ale mama moja wyjechała i nie moge tego w domu znaleźć, a wiem że było kilka.

Książki czytam te co mama skądś wytrzaśnie więc tytułów i autorów i tytułów nie pamiętam, a troche tego przeczytałem.

Wogóle to książki fanatasy można w tanich ksiązkach wyszukać (przynajmniej takowa w Toruniu jest) - właśnie jutro jadę celem zakupu czegoś (ceny ok 10 zł/szt).

Być może u ciebie jest jakiś klub fantastyki na pewno jest w Gdańsku. Tam mają multum tego typu ksiażek.

 

Jak ci sie podoba fantasy to spróbuj poczytać też nową sagę Sapkowskiego i "Medicusa" Gordona. Nie są to książki tego gatunku ale naprawdę fajne.

 

P.S. To co, że książka ma duzo stron - im więcej tym lepiej chyba?? Mój rekord to przeczytanie "Władcy Pierścieni" w weekend - jak ksiazka jest ciekawa to jak zacznę czytać, to kończę jak oczy juz nie jestem wstanie otwartych utrzymać, lub sie kończy.

Edited by Cavemanpg

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ursula K. Le Guin - "Czarnoksięznik z archipelagu" - to jest chyba któraś z części pięcioksiągu tejże autorki - czytałem całość jakieś 8 lat temu. Bym podał inne tytuły, ale mama moja wyjechała i nie moge tego w domu znaleźć, a wiem że było kilka.

Książki czytam te co mama skądś wytrzaśnie więc tytułów i autorów i tytułów nie pamiętam, a troche tego przeczytałem.

1533412[/snapback]

I "Czarnoksiężnik z Archipelagu"

II "Grobowce Atuanu"

III "Najdalszy brzeg"

IV "Tehanu"

V "Inny wiatr"

1. "Opowieści z Ziemiomorza" (poza serią to jest)

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ja natomiast gorąco polecam powieść Stephena Kinga "Mroczna Wieża". Jest to metafizyczna powieść drogi, osadzona w realiach fantasy. Naprawde genialnie napisana (aż nie chce sie przestać czytać), ponad to pełna symboliki oraz nawiązań do innych ksiązek. Pod wieloma wzgledami przewyższa "Władce Pierścieni" Tolkiena. Niedługo ma ukazać się szósty tom, będący przedostatnią cześcia sagi. Naprawde warto przeczytać.

 

Polecam rownież książki Andrzeja Ziemiańskiego ("Achaja", cykl opowiadań "Zapach Szkła" i inne).

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ziemiański: Achaja (s)

Piekara: Sługa Boży, Młot na czarownice, Miecz aniołów, Necrosis ocena laczna: (+++)

O.S.Card - cykl o Alvinie stworcy (s), cykl o Enderze (s) najslabsze tomy sa na poziomie (+++)

Sapkowski - Saga o wedzminie (s) - koncowka ostatniego tomu niestety naciagana, Narrentrum (s), Boży wojownicy (s)

Zajdel - Limes Inferior (s), Paradyzja (s), Cylindr van Troffa (+++)

Pratchett - caly cykl Discworld (s), Cykl o nomach (+++), Dobry omen(+++)

Pilipiuk: caly cykl opowiadan o Jakubie Wędrowyczu (+++), kuzynki, ksiezniczka - tu juz lekko naiwne podejscie (++-)

Białołęcka: Tkacz iluzji, Kamień na szczycie, Piołun i miód (++-) ten '-' za wystepowanie syndromu cieplych kluch

Brooks - cykl zaczynajacy sie tomem "Miecz Shannary" (+--) niestety cykl wybitnie post Tolkienowski szczegolnie pierwsze 4 tomy

Goodkind - czytalem tylko poczatek cyklu (+++)

Zelazny - cykl Amber (++-)

Eddings - Belgeriada (++-), Tamuli (++-), Elenium (+--)

Hobb Robin - Cykl o Skrytobójcy (++-) troche spartaczyli tlumaczenie

Patricia A. McKillip - Trylogia Mistrz Zagadek (+++)

Tolkien - Hobbit (++-), Wladca pierscieni (s), Rudy Jill i jego pies (++-), przygody toma bombadila(++-)

Ursula Le Guin - Cykl o ziemiomorzu (s) - niestet yim dalej tym slabsze, Lewa Reka Ciemnosci (+++), Swiat Rocannona (+--), Slowo las znaczy swiat (++-)

Andre Norton - w zasadzie wszystko co czytalem (+--)

Herbert - Diuna (s), dalsze czesci cyklu sa niestet przeplatane jakosciowo od (+++) do (+--)

Lackey - dosc naiwy cykl bardzo nierówny od (+++) do (---), zdatka do czytania jest wlasciwie koncowka - tzn od trylogi heroldów do magicznych burz.

Surmik Iwona - Talizman Złotego Smoka (++-)

Moorcock - w zasadzie swszystko co czytalem (---) do max (+--)

 

z grubsza tyle pamietam w tej chwili :) dopisze jak cobie conieco przypomne

Edited by spicum

Share this post


Link to post
Share on other sites

Mi się jeszcze podoba klimat typu: połączenie s-f z fantasy książki żadnej nie czytałem ale oglądałem bajkę Himen (oczywiście ten stary himen ten nowy sux)  bardzo fajna bajka jak byłem mały to bardzo mi się podbało.

262398[/snapback]

Polecam "Pana Lodowego Ogrodu" Jarosława Grzędowicza.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Mroczna Wierza kinga to najlepsze co czytałem od długiego czasu, po prostu wymiata, ostatni tom już za tydzień w anglii. Oczywiście Wiedźmin czytany z 5 razy wszystkie tomy, władca pierścienic ( myśle że w orginale się lepiej czyta ). Raymond E. Feist ale tylko pierwsze 4 tomy potem nudzi.

Share this post


Link to post
Share on other sites

To ja tez cos polece :)

 

"2586 krokow" A. Pilipiuk i "Zapach Szkła" A. Ziemianski - to trzeba przeczytac.

Poza tym cała seria o Jakubie Wedrowyczu A. Pilipiuka, Achaja A. Ziemianskiego

 

Z innych autorow to oczywiscie cala saga o Wiedzminie A.Sapkowskiego, Swiat Dysku T.Pratchetta, "Koralina", "Nigdziebadz" N.Gaimana, "Dobry Omen" T.Pratchett i N.Gaiman, opowiadania o czarodzieju Kedrigernie J.Morresseya, "Miecz Aniołów", "Młot na czarownice" i "Sługa Boży" J.Piekary

 

Jak sobie cos dobrego przypomne to jeszcze napisze :P

 

edit: Jeszcze Pilipiuka: "Kuzynki" i "Ksiezniczka"

Edited by MIR

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jakby ktos lubil klimaty aniolow  i  diablow w bardzo ciekawej kompilacji roznych mitologi roznych religi to "Siewca wiatru" Kossakowska Maja Lidia

1554495[/snapback]

Ja również polecam, książka od samiutkiego początku niesamowicie wciąga.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Polecam "Wiedźmin" i trylogie "Władca Pierścieni" :!:

680506[/snapback]

Władca... to nie trylogia :mur: tylko jedna książka, póżniej dopiero podzielona przez wydawcę na trzy tomy.

 

(...)

A władca pierścieni... nawet fajna, ale trochę obciachowa (dziwne teksty, przyśpiewki!! )...

682154[/snapback]

N/C :/

 

BLADERUNNER jak i w postaci filmu i ksiazki chciaz oba te dziela sie roznia.

789074[/snapback]

I nie są fantasy :-P .

 

Jak chodzi o polecanie to wiadomo Sillmarilion, Władca... ogólnie Tolkien :-P

Natomiast jeśli można by wspomnieć o fantastyce (choć nie o tym topic :razz: ) to polecam opowiadania i książki Lema.

 

Ten topic przypomniał mi ile mam jeszcze książek do przeczytania i to nie tylko fantasy :) tylko jak znaleźć na to czas :-P .

Share this post


Link to post
Share on other sites

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Restore formatting

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

Loading...


×
×
  • Create New...