-
Postów
5174 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
3
Odpowiedzi opublikowane przez und3r
-
-
Moment, moment... Czy innym jest administracyjny wymóg "wyższe być musi bo tak", rzeczywiście spotykany w korporacjach (Google też jest dobrym przykładem), a czym innym ocena kandyta na podstawie skończonej uczelni, czego się praktycznie w branży od dawna nie spotyka. Myślę, że w Intelu nie mieliby problemu z zatrudnieniem świetnego programisty po biologi molekularnej albo po marketingu, byle tylko miał wyższe (u umiał pisać kodund3r -> nie zetknąłeś się z firmą, która ocenia programistę po ukończonej uczelni (oczywiście nie tylko, ale to wymóg) ? Zapraszam do Intela.

). Nawet w Google, jak ktoś byłby wybitny, to pewnie by mu sami zaproponowali sfinansowanie wykształcenia.Swoją drogą, z ciekawości zapytam - co właściwie robią ci studenci na tych praktykach Intela?
Poważnie? Interesujące, aż sam chyba się naucze Androida pod kątem własnych potrzeb. Czy z iOSem sytuacja wygląda podobnie? Chętnie bym sobie napisał kilka aplikacji sam dla siebie, bo co z tego, że są miliony w AppStorze, skoro nawet te drogie nie spełniają często moich oczekiwań co do funkcjonalności i user friendly.W Google znajdziesz co Ci trzeba (Eclipse, tutoriale). Grę w stylu Angry Birds (jedną planszę) można napisać w ciągu kilku godzin
A może podjąłbyś się (a jeśli specjalizacja nie Twoja, to może masz kogoś godnego polecenia) napisania aplikacji na Androida/iOS na podstawie bardzo precyzyjnych wytycznych?
Nawet jak jesteś gotowy wydać majątek, to i tak jest ciężko ze znalezieniem kogoś, nad kim nie trzeba stać (na co ja np. nie mam ani czasu ani ochoty) i po kim nie trzeba poprawiać. Ostatnio przepłaciłem jakieś 20 000, bo efekt końcowy, mimo stosunkowo wysokiej ceny (chociaż i tak znacznie niższej niż potrafią sobie czasem krzyknąć warszawscy "fachowcy", jeden za 5 m2 łazienki przygotował ofertę na 22k, oczywiście cena bez materiałów), i tak nie był zadowalający. Całe szczęście teraz mam już zaufanych ludzi - człowiek uczy się na błędach. Jeszcze te 20k odkuję sobie z nawiązką, bo polecam teraz ludzi którzy robili mi ost. mieszkanie dalej, inkasując skromny procent, heh.Załóż własną jednoosobową działalność gospodarczą i prowadź usługi remontowe. Trudno znaleźć solidnego fachowca nawet do nieskomplikowanej rzeczy i nie wydać majątku.
Jeszcze co do wykończeniówki oraz w sumie wszystkiego innego - nauczyłem się ostatnio, że niestety na dosłownie wszystko trzeba podpisywać umowy, najlepiej obwarowane karami umownymi. Nawet jak zleca się coś za głupie 100 zł. Jak fachura nie chce podpisać umowy na wykonanie zlecenia (z zapisami, że jak coś uszkodzi przy okazji to ponosi koszt, z terminami, karami za ich niedotrzymanie itp.), to szukajcie następnego. Oduczyłem się ufać ludziom ostatnio.
-
Programowanie ... chcialbym, ale w tej chwili jestem w tym zielony, mysle ze trzeba byc tęgą glowa po studiach? Tak bez niczego chyba sie nie da?
Po pierwsze nie ma większego związku pomiędzy "tęgą głową", a studiami w tym kraju.
Po drugie, nie zetknąłem się nigdy w życiu z pracodawcą szukającym programisty, który oceniałby kandydatów pod kątem skończonej uczelni. Programista ma umieć pisać kod.
Po trzecie, z tego co piszesz można odnieść wrażenie, że nie bardzo wiesz co chcesz robisz. Programowanie to nie jest coś, na czym zarobisz dobre pieniądze "ot tak o". Jak byś od dziś obłożył się książkami, tutiorialami i zaczął wgryzać się w temat, to zaczniesz coś zarabiać może po 3 latach. A pamiętaj, że na rynku jest masa osób, programujących od 13 roku życia.
Wspomniałeś, że byłeś przez parę lat "pomagierem" w wykończeniówce. Myślę, że na Twoim miejscu (oczywiście zakładając, że umiesz to robić i możesz wynieść z wykańczania jakąś satysfakcję, bo nie ma nic gorszego niż praca, której nie lubisz) wyspecjalizowałbym się w tym kierunku. W wykończeniówce brakuje naprawdę dobrych fachowców, można w miarę szybko zbudować sobie markę na jakości pracy, a kasa jest w dużych miastach bardzo dobra. Poza tym, to jest praca, którą możesz wykonywać praktycznie wszędzie, a przez wszędzie rozumiem zachód Europy.
-
4
-
-
Tak. I nie sugeruj się w życiu tym, co słyszysz "zewsząd".
-
Co rozumiesz przez "coś'? Cokolwiek? Jeśli mieszkasz w dużym lub przynajmniej średnio-dużym mieście, to pracę znajdziesz w max 2 dni, jak się do tego przyłożysz (nie rozsyłaj cv na portale, tylko weź kilka w teczkę, ubierz się schludnie i wyjdź z domu). Jak już się gdzieś zaczepisz, to szukaj dalej, lepszej opcji. Nie wybrzydzaj - na początku zaczep się gdziekolwiek, będziesz miał punkt odniesienia przy dalszych poszukiwaniach. Odpowiedz sobie na pytanie, czy zamierzasz pracować tylko do końca wakacji, czy też wchodzi w grę kontynuacja pracy na studiach (poinformuj o tym pracodawcę). W tym punkcie uczulam, żebyś nie mówił pracodawcy, że na 100% jesteś na długo, jeśli rozważasz zakończenie pracy wraz z początkiem studiów. Zastanów się też, skoro nie chcesz w domu siedzieć, czy nie warto wyjechać za granicę, podszkolisz język przy okazji (aczkolwiek tutaj potrzebujesz na start około dwóch tysięcy). Swoją drogą, jeżeli "każdy z kim gadałeś" znajdował pracę po maturze dopiero wrzesień/październik, to świadczy to tylko o tym, że ludzie ci wcale pracy znaleźć nie chcieli.
-
Rzeczywiście, wygląda jakby lepiej ;) Dawno nikt mnie nie poprawił, to dobrze, że czuwasz :)Aha - "mrzonka", przyjacielu :>
Polityka jednego dziecka w Chinach – Wikipedia, wolna encyklopediaZ tą Azją to mnie zadziwiłeś. Czyżby Chińcyki nie tsymali się tak mocno?
Dobrze, że przynajmniej Ty nie musisz udawać.Współczynniki przyrostu naturalnego, tak jak cała masa innych danych i współczynników, służą ekonomistom do tego, żeby mogli udawać znajomość ekonomii.
Ja oddaję miesięcznie jakieś 3k odsetek w każdej racie kredytu hipotecznego i jasne, że wolalbym nie oddawać, ale mimo wszystko bardziej mi się opłacało wziąć kredyt niż nie wziąć. Kredyt nie jest niczym złym sam w sobie, póki stać Cię na obsługę zadłużenia, wszystko jest ok. Nawet mając na koncie pół miliona "wolnej gotówki", chcąc kupić mieszkanie za pół miliona i tak brałbym na nie kredyt. Nie bez powodu często nawet bardzo majętne osoby posiadają olbrzymie zadłużenie, podobnie jest z państwami - generalnie rzecz ujmując, im bogatsze państwo, tym więcej ma długu. Wyjątkiem jest tutaj Rosja i inne państwa posiadające wielkie zasoby naturalne (głównie ropa i gaz). Z nienaftowych krajów z bardzo niskim długiem publicznym (<10%) można wymienić Honkkong (praktycznie rzecz biorąc nie będący autonomicznym państwem), Chile czy Estonię i żadnego z nich nie sposób przyrównywać do Polski.Oddawanie 40 mld złotych rocznie to nic złego?
:lol: Nie ma to jak solidna argumentacja, widzę, że nauki Janusza nie idą w przysłowiowy las :PChyba ty.
Dużo tych publikacji czytałeś, skoro wyciągasz taką statystykę? O sytuacji w Grecji i prognozowanym kryzysie w tym kraju czytałem co najmniej dekadę temu, a gdzieś po roku 2004 artykuły na ten temat pojawiały się dość często w "mainstreamowej", wcale nie stricte ekonomicznej prasie. Od dawna ekonomiści wieszczą też kryzys w Hiszpanii oraz we Włoszech.Odnośnie tego czy nas stać na obsługę długu, chcę przypomnieć, że jeszcze 3 lata temu Grecję też było na to stać i 99% ekonomistów patrząc na swoje magiczne współczynniki i wskaźniki nie zorientowało się, że coś jest nie tak.
Nic, bo też nic nadzwyczajnego stawać się nie musiało. Albo raczej - powinno się stać "coś", aby Grecja ostatecznie się nie pogrążyła, a tak, po prostu ziścił się jedyny możliwy scenariusz.Co takiego strasznego się stało przez ten czas?
Z USA sprawa jest nieco bardziej skomplikowana, ale w ogólnym zarysie podobna - potrzebne są cięcia budżetowe, jeśli ich nie będzie, stanie się to, co stać się musi. Problem polega na tym, że na cięcia po stronie USA czekają tylko Chiny, które ciąć niczego nie muszą i wykorzystają sytuację w Stanach do znacznego powiększenia strefy wpływów. Poza tym, Stany w przeciwieństwie do Grecji zawsze mogą jakąś wojnę wywołać, jak trzeba będzie gospodarkę rozruszać :P
-
1
-
-
Czyli co proponujesz, bo nie bardzo rozumiem? Zgorzkniałeś już chyba na stare lata :PW ramach demokracji wiele wprowadzić się już nie da (...)
Ja rozumiem, Ty chyba rozumiesz, ale większość ludzi ewidentnie nie rozumie (albo nie chce rozumieć, w końcu nieświadomość jest błogosławieństwem) i dlatego nie zabezpiecza się samodzielnie.Naprawdę nie rozumiesz, co się dzieje?
Dlaczego, konkretnie, powinny być one w Polsce widoczne w takiej skali jak w latach 80? Nie zauważyłeś, że troszeczkę się świat pozmieniał przez minione 30 lat? Ludzie odpowiedzialni za ten wyż (nasi rodzice) jeszcze w zdecydowanej większości żyją i muszą gdzieś mieszkać, czyli ich dzieci (odpowiedzialne teoretycznie za powtórkę wyżu) muszą najpierw na mieszkanie zarobić, a nawet jeśli rodzice mogą im je kupić, to muszą jeszcze zapewnić sobie przyzwoitą pracę i dopiero później mogą myśleć o potomstwie. To nie jest tylko polski problem, dokładnie tę samą sytuację możemy zaobserwować w zachodniej Europie czy nawet w USA. Oczekiwanie, że w dzisiejszych realiach gospodarczych ludzie mający teraz między 25 a 35 lat będą mieć średnio dwójkę dzieci, jest czystą mżonką. Bardziej rozwnięte kraje na zachód od nas mają jeszcze niższe współczynniki przyrostu naturalnego, jednak równoważą je saldem migracji (Francja, Niemcy, UK, itd), więc rzeczywisty przyrost jest nieco wyższy niż u nas, ale dalej grubo poniżej 2.Ujemny przyrost naturalny, który wystąpił dwa lata wcześniej niż zakładano i to w momencie, kiedy powinny być widoczne efekty rozmnażania się wspomnianego wyżu z lat 80?
Europejczyków, Amerykanów, ba, nawet sporej części Azji dotyka ten sam problem. Ogólnie większość połkuli północnej się starzeje, z wyłączeniem krajów arabskich. Nie jest jednak powiedziane, że ci młodzi ludzie z wyżu lat osiemdziesiątych nie będą mieli tej dwójki dzieci nigdy, imo zakładanie rodziny w dzisiejszych czasach następuje po prostu znacznie później niż 30 lat temu.Rzeczywiście jakiś zbrodniarz-socjopata twierdzi, że tak miało być, że ma być mniej i mniej młodych Polaków?
Jakiej teorii??? Jakim sposobem? Za czym niby argumentuję? Przedstawiam fakty i tłumaczę, z czego wynikają.Przerażasz mnie sposobem, w jaki argumentujesz słuszność tej teorii.
-
1
-
-
Wszystko co napisałeś wynika z kadencyjności rządów, które z kolei są bezpośrednim skutkiem demokracji. Twoje "uwagi" można sprowadzić do prostego stwierdzenia, iż demokracja jest ustrojem nieefektywnym i z tym stwierdzeniem oczywiście można się zgodzić, ale zmiana ustroju np. na monarchię do prostych nie należy. Realne działania w celu poprawy sytuacji trzeba więc wdrażać w ramach demokracji, a to wymaga świadomego elektoratu. Twoje narzekanie też nie jest zbyt konstruktywne, szczerze mówiąc.To fakt, w prywatnej firmie nieudolnego pracownika się degraduje lub zwalnia. W aparacie państwowym wszyscy mają to w rzyci, bo o ile premier nie będzie potrzebował kozła ofiarnego do widowiskowego zdymisjonowania w błysku fleszy, to przez całą kadencję można spokojnie pobierać wynagrodzenie za nic przy zerowej odpowiedzialności. To jeszcze jedna różnica między prywatnym przedsiębiorstwem a demokratycznym bajzelkiem - w tym drugim nikt nie odpowiada właściwie za nic, bo trzeba się nachapać dopóki kadencja trwa. O skutki tej beztroskiej działalności będzie się martwił następca, no nie?
Zresztą praktyka dowodzi, że ministrów mianuje i odwołuje się niemal co tydzień. Trudno wymagać, by ktoś traktował poważnie swoje obowiązki na nowym stanowisku, skoro za miesiąc może już być zupełnie gdzie indziej.
Tak, kompetencjami. Pytam o zakres kompetencji, jakimi miałby dysponować ten "ktokolwiek", mający wg Modda zastąpić instytucję ministra oraz całe ministerswo.Eee, kompetencjami?
Chciałeś chyba powiedzieć, że jesteś żywym dowodem potwierdzającym prognozy. Nie wiem skąd wziąłeś pomysł, że powinieneś mieć dwójkę dzieci. Istnieje co prawda coś takiego jak efekt echa wyżu, widoczny na tym (starym już i mocno nieaktualnym, ale nie chce mi się szukać aktualnego) wykresie, który rzeczywiście zaobserwowaliśmy, jednak w nieco mniejszej skali niż to było kiedyś zakładane. Ujemny przyrost odnotowaliśmy w roku 2011, podczas gdy GUS zakładał w wyliczeniach, że stanie się to nie wcześniej jak w 2013, ale 2 lata mieszczą się w akceptowalnym marginesie błędu. Teraz czeka nas długi okres ujemnego przyrostu, co niewąpliwie zgadza się z Twoimi obserwacjami.Jestem żywym dowodem na nieprawdziwość tej tezy. Jako przedstawiciel wyżu demograficznego (urodzeni na początku lat 80.) powinienem mieć co najmniej dwójkę dzieci, które radosną wrzawą zapełniłyby przedszkola i szkoły. Tymczasem dzieci nie mam wcale, bo mnie zwyczajnie nie stać, podobnie jak wielu moich rówieśników. I plan przyszłych wpływów ze składek właśnie się rozpada. Gramy dalej?
Z ekonomicznego punktu widzenia jak najbardziej.Stać?
Nauczyciele nie są tutaj przyczyną problemu, raczej skutkiem źle skonstruowanego systemu, mającego swoje korzenie w PRLu i przez to oderwanego o współczesnych wymagań rynku pracy.To bardzo źle świadczy o nauczycielach szkolnych lub akademickich w tym kraju, patrząc na system edukacji, jaki dzięki nim mamy.
Ty tak na serio? Myślisz, że w prognozach nie uwzględnia się salda migracji? Że jesteś jedyną osobą zdającą sobie sprawę z tego zjawiska? W wyliczeniach uwzględnia się tzw. przyrost rzeczywisty, biorący pod uwagę wszystko o czym napisałeś.Zapomniałeś o drobnym szczególe. Od maja 2004 współczynniki przyrostu naturalnego (oraz wszystko co z tego wynika) można sobie wsadzić bardzo głęboko w anusa. Dlaczego? Odpowiem żartem, w gruncie rzeczy mało śmiesznym:
Dopóki polaków będzie stać za granicą na Passata, Iphona i codzienne libacje, to będą tam siedzieć i się mnożyć, sprowadzać rodzinę i znajomych, nie odprowadzając przy tym ani grosza do ZUSu. A ich dziecko wychowane w innym kraju, nie wróci już do Polski.
-
Czyżby? Wiesz, oczywiście, do czego służą ekonomistom współczynniki przyrostu naturalnego i inne dane demograficzne, które bezpośrednio przekładają się masę rzeczy, np. na takie drobiazgi jak przyszłe wpływy ze składek czy koszt emerytur? Struktura demograficzna społeczeństwa może być natomiast szacowana na kilkadziesiąt lat do przodu z niewielkim marginesem błędu.Ale opieranie go na wydarzeniach za lat 30/40/50 to bzdura
Niby czemu, nie można sobie na taki dług pozwolić? Nie ma nic złego w posiadaniu zadłużenia, o ile stać nas na jego obsługę.Dlatego żeby być przygotowanym na wszystko, nie można sobie pozwolić na 900 mld złotych długu i jeszcze kilka bilionów złotych zobowiązań na przyszłość.
Nie ma to, co piszesz, niestety, większego sensu.Mając budżet pod kontrolą nic nie jest w stanie zaskoczyć państwa, bo nawet w przypadku wojny zaciągnięcie wtedy pożyczek to żaden problem. Gorzej, jeżeli w takiej sytuacji linia kredytowa się wyczerpie, bo jakiś pajac obiecał ludziom cuda na kiju.
Gdybyś się starał, to czytałbyś ze zrozumieniem np. to, co sam linkujesz. Twój błyskotliwy plan redukcji kosztów poprzez całkowitą likwidację kilku ministerstw (lol) na styk rozwiązałby problem deficytu ZUS tylko przy założeniu, że utrzymane zostałaby obowiązkowe składki. Ty zaś proponujesz ich likwidację.
Można np. nie wygadywać publicznie farmazonów. Myślę, że to by wystarczyło, tak na dobry początek.A że smutno na to patrzeć, cóż, czasami nic nie można zrobić.
Ale zdajesz sobie sprawę, że prawie każdy minister edukacji w III RP był przez pewien okres swojego życia nauczycielem (szkolnym lub akademickim), prawda?Po ktokolwiek specjalnie dodałem emotikonkę ":D". Ale jeżeli kogoś miałbym wskazać, to dowolny nauczyciel (przynajmniej taki, który nie ma na wszystko wy******) wie lepiej jak ma uczyć, niż jakaś Tuska teściowej kobity brata siostra.
Znowu: nie znam się na tym, ale wydaję mi się, że istnieją typowo muzyczne szkoły, gdzie uczeń wybiera instrument wiodący i może go naprawdę świetnie opanować przez czas swojej edukacji.Być może, ale zamiast słowa "profilowane" wolałbym słowo "wyspecjalizowane". Też nie wiem jak to się odbywa, ale zapewne w takiej szkole profilowanej muzyka to tylko dodatek do tego, czego uczy się wszędzie. Mi chodzi o to, żeby z takich szkół wychodzili kilkunastoletni mistrzowie w swojej dziedzinie.
-
Analogie między aparatem państwowym opartym na demokracji, a prywatną korporacją są dziecinnie wręcz głupie i pomijają istotne czynniki.Na przycinaniu kadr administracyjnych jeszcze żadna firma źle nie wyszła :>
To ja nie mam więcej pytań. Nawet swój prywatny budżet planuję na x lat do przodu, chociaż nie wiem dokładnie, ile zarobię w przyszłym miesiącu. Obowiązkiem osób odpowiedzialnych za finanse całego kraju jest planowanie z uwzględnieniem prognoz nie na lata, lecz wręcz na pokolenia do przodu. Oczywiście, te plany muszą być elastyczne, ale są konieczne.Mniej więcej. Amerykanie zakładają, że ich PKB będzie rosnąć o 3% przez kolejne 10 lat - uja warta taka prognoza.
Tak, wiem, a obecnym emerytom dalej wypłacać świadczenia. Z budżetu. Nie musisz się powtarzać. I jeszcze piszesz, że "doskonale zdajesz sobie sprawę o jakich liczbach tutaj mowa" - aha, właśnie to udowadniasz cały czas.I właśnie dlatego trzeba przestać ją pobierać.
Dlatego nigdy nie będzie brany na poważnie.To mój pomysł :( Ale on ma pewnie podobny.
Czym konkretnie ten "ktokolwiek" miałby się różnić w kompetencjach od minista edukacji?Ktokolwiek, byle nie minister edukacji :D
Nie czuję się mocny w tej dziedzinie, ale wydaje mi się, że profilowane szkoły muzyczne jak najbadziej istnieją.Chciałbym, żeby w Polsce były np. takie szkoły, w których jest 20 godzin muzyki tygodniowo z czego 15~ to gra na wybranym instrumencie.
-
o_0 Budżet państwa? Twierdzisz, że prognozy budżetowe i wynikające z nich strategie makroekonomiczne są bez sensu?Można zaplanować maksymalnie na przyszły rok, a i tak nie będzie się w 100% pokrywał z rzeczywistością, więc planowanie na 40 lat to wróżenie z fusów.
Wszyscy zwolennicy Janusza są tak oderwani od rzeczywistości?Raczej kilka miesięcy gdyby nie było żadnych przeszkód typu weto prezydenckie itp. Nie widzę problemu w zmianie całego systemu podatkowego np. od przyszłego roku.
Jeszcze raz, do znudzenia - składka emerytalna to _nie_ są pieniądze, które są przez płatnika składek gdziekolwiek odkładane.Podsumowanie jest takie, że są różne sytuacje i różni ludzie, i każdy odłoży inną kwotę w inny sposób, dlatego takie obligatoryjne 20% jest bezsensowne. Tym bardziej, że te pieniądze są tylko na świstkach, które ZUS czasami przysyła listownie. Moja mama odłożyła prawie 400000 zł :D
Nie kumasz - to nie chodzi o to, żeby obcinać budżety ministerstw. Chodzi o to, żeby w ogóle je wszystkie (prawie?) zlikwidować. To jest właśnie genialny w swojej prostocie pomysł JKM.Tak bardzo jak marzę, żeby się z Tobą zgadzać, to mam jedno pytanie. Za każdym razem jak podajesz (i często Sławomir Guzik) jakieś liczby w stylu "to powinno być obcięte o tyle" to skąd wy je w ogóle bierzecie? Tak sobie wymyślacie na poczekaniu czy jakieś analizy przeprowadziliście?
-
Pewnie, najlepiej więc nie planować budżetu w ogóle! :PProjekcje na rok 2050 można sobie wsadzić w buty, bo nie wiadomo nawet co się wydarzy w roku 2013.
Budżet państwa też pochodzi z naszych "składek", to jest tylko kwestia nomenklaturalna, praktycznie rzecz biorąc. Równie dobrze składki na ZUS można by nazwać podatkiem. W chwili obecnej z tzw. "budżetu" i tak co roku przeznaczanych jest na świadczenia emerytalne kilkadziesiąt miliardów, składki starczają tylko na połowę wypłat (o zgrozo, kredytujemy je też od kilku lat w bankach komercyjnych, ale ciężko się temu dziwić, skoro kadencja trwa 4 lata, a spłatę linii kredytowej można odroczyć o lat nawet kilkadziesiąt, niech się przyszłe ekipy tym martwią, a co).(...) ZUS, który byłby całkowicie finansowany z budżetu państwa.
Taki był zamysł - niestety, dla polityków bardziej kuszące jest (i zawsze będzie) przeznaczanie tych pieniędzy na cele znacznie bardziej "widoczne" dla elektoratu. Ogólnie zajmowanie się ratowaniem systemu emerytalnego jest niepopularne, co zresztą mamy okazję teraz obserwować.Do tego wszystkie pieniądze z prywatyzacji szłyby na emerytury.
Nie zrobi, gdyż to o czym piszesz zajęłoby nie kilka lat, tylko kilkanaście lat (wariant i tak dość optymistyczny), politykom bardziej zaś opłaca się zajmować sprawami mającymi przełożenie na najbliższe wybory, nie na to, co będzie za kilkadziesią lat. Błędne to koło, niestety.Oczywiście przy tym maksymalna deregulacja, obcięcie bezsensownych wydatków i za parę lat z kryzysu emerytalnego moglibyśmy się śmiać mając 10% wzrost PKB i nadwyżki budżetowe.
Szkoda, że nikt czegoś takiego nie zrobi, ale fajnie jest czasem sobie pomarzyć :)
Ja z kolei rozwinąłem po prostu Twoją odpowiedź na posta KWSa.Chodziło mi o ostateczną korektę, czyli zmiecenie euro z powierzchni ziemi, ale złoty pewnie także podzieli jego los.
-
Nie pomyliło Ci się z US przypadkiem? :P Nie przesadzaj, i tak źle to wygląda, nie musisz wyolbrzymiać.Przychodzą, bo muszą się tłumaczyć z każdego grosza, który zarobili i z każdego grosza, który wpłacili.
Nie chodzi o emerytów. Nie trzeba być emerytem, żeby nie umieć/nie chcieć/nie mieć możliwości korzystania z "dobrodziejstw informatyzacji". Poza tym, jakkolwiek może to się wydać dziwne dla pewnych użytkowników tego forum (ludzi będących z komputerem za pan brat), niektórzy (i naprawdę nie trzeba do tego mieć 50+ lat) po prostu wolą przejść się do urzędu i pogadać z żywym człowiekiem, a nie klikać czy wisieć na infoliniach. Dlatego mnogość placówek ZUS (i innych urzędów) jest uzasadniona, przynajmniej jeszcze - wiadomo, że z czasem się to zmieni, ale pokolenie naszych rodziców musi najpierw opuścić ten świat.Miałem jakiś czas temu do czynienia z ZUSem i jakieś 95% osób, które tam spotykałem miały poniżej 50 lat (większość ok. 30). Emeryci tam nie chodzą, bo nie mają po co.
Ciekawym, jak żeś do tego doszedł.Ty za to prezentujesz piękną polską arogancję - wszyscy to idioci, tylko ty jesteś jedyny mądry.
Naprawdę? 1/3 budżetu, lekką ręką?Zauważ, że z budżetu RP można lekką ręką obciąć jakieś 100 mld złotych nie ruszając nawet socjalu.
Z łatwością, powiadasz? Zastąpić? Nawet gdyby od dziś KAŻDY pracujący w Polsce człowiek (nieważne na jakiej umowie) zaczął odprowadzać "płaski podatek" w wysokości powiedzmy 450 złotych, przy jednoczesnym UTRZYMANIU obecnej składki emerytalnej, to i tak nie zbliżamy się nawet do wyjścia na zero do 2050 roku. A naprawdę ciekawie robi się dopiero potem, spójrz na piramidę demograficzną. Niestety, ale większość "lamentujących" nad nieudolnością rządu nie czai, o jakich liczbach tutaj mowa. Jonas zauważył słusznie, że aby założenia tzw. umowy pokoleniowej miały sens, wiek emerytalny powinien być bezzwłocznie podniesiony do ponad 80 lat.Z łatwością można byłoby zastąpić składki ZUS jakimś płaskim podatkiem od każdego pracującego, znacznie niższym od obecnych składek. A jeszcze lepiej po prostu zawrzeć to w podatku VAT.
To nie jest takie proste. Strefa Euro jest "troszeczkę" większa od strefy złotego, przełożenia rodem z podręcznika podstaw ekonomii tutaj nie występują. Bardziej miarodajne są notowania EUR/USD, tam widać, że Euro systematycznie słabnie. Burza w strefie Euro prędziej wywoła rollercoaster na naszej słabej i podatnej na spekulacje wielkich graczy walucie, niż jej wyraźne umocnienie.Nie martw się, jeszcze przyjdzie czas na Korektę przez duże K.
-
1
-
-
Moja rada: przestań sobie wmawiać, że istnienie składki ZUS stanowi o możności bądź niemożności oszczędzania na emeryturę samodzielnie. Załóżmy, że składka emerytalna znika od jutra, czyli zarabiasz blisko 20% więcej - czym to się różni od sytuacji, w której zaczynasz zarabiać 20% więcej z dowolnego innego powodu, np. poprzez zmianę pracy na lepiej płatną? Czy gdybyś dostał jutro ofertę pracy z pensją wyższą o 20% to zacząłbyś całe te 20% odkładać? I zanim odpowiesz przekornie ( :P ), że tak, zastanów się, czy przypadkiem nie miałeś takiego okresu w życiu, w którym zarabiałeś 20% mniej niż teraz.Tu jest właśnie sedno problemu, ja się mogę z tym zgodzić, oczywiście, tylko niech Państwo da możliwość rządzenia się po swojemu, swoimi zarobionymi pieniędzmi = brak obligatoryjności odprowadzania składek na ZUS.
Za to, co odłożyłem przez pozostałe 30 lat pracy? Te składki, które mi odbierano, nie mają i nigdy nie miały wiele wspólnego z wysokością mojej emerytury, natomiast Twoja babcia może sobie dzięki nim kupić leki. Ludzie muszą zrozumieć, że składki emerytalne przeznaczane są na bieżące wypłaty świadczeń i obecnie starczają na niecałą połowę tych wypłat, reszta jest na różne sposoby kredytowana. A ponieważ kiedyś te kredyty trzeba będzie spłacić, a stosunek liczby pracujących do pobierających świadczenia jest z każdym rokiem gorszy, nie liczyłbym, na Twoim miejscu, na jakieś państwowe emerytury.Nikt nikomu nie broni. tylko co ze składkami na emeryturę, które odbierano Ci przez całe życie? Za co będziesz żył w wieko 65,60 czy 50 lat, nie pracując?
Nie, nie mogłoby. Chętnie przeczytam, w jaki sposób Korwin zamierza nauczyć moich dziadków korzystania z komputera, a następnie internetu oraz obsługi zusowskich kont. Nie wiem, jak często zdarza Ci się załatwiać coś w ZUSie, ale widocznie niezbyt często, gdyż w przeciwnym wypadku rozumiałbyś, że te tysiące pracowników wcale się w tych urzędach nie nudzi. Osobiście umawiam się telefonicznie na konkretną godzinę, ze sporym wyprzedzeniem, ale sądząc po ilości osób oczekujących, kolejki są średnio na ładnych kilkadziesiąt minut i to praktycznie o każdej porze pracy urzędu. I wcale nie dlatego, że jedno stanowisko działa, a przy pozostałcyh panie sobie kawę piją na "przerwie" - dzieje się tak dlatego, że do ZUS przychodzi w różnych sprawach naprawdę sporo osób, głównie starszych, i to dla nich są ci urzędnicyA mogło by być jak w banku internetowym. Kilkuset pracowników, jeden biurowiec w W-wa lub innym mieście, gdzie koszty pracy są niższe.
Prywatyzacja takiego molocha jak ZUS w polskich realiach musiałaby się skończyć katastrofą, zresztą nie widzę nawet sensu takiego działania. Obligatoryjność ubezpieczenia jest niestety konieczna, ponieważ gdyby ją znieść, 95% osób nie ubezpieczyłaby się dobrowolnie, co też, prędzej czy później, skończyłoby się fatalnie. Co do "dotychczasowe należności wypłacać z podatków" - zdajesz sobie sprawę, że mówimy tutaj o kwocie trzynastocyfrowej? Skąd Korwin zamierza to wziąć, ze swojego kapelusza? Poważnie pytam - wielokrotnie słyszałem, jak mówił o tym genialnym planie, ale nigdy jakoś nie wyłapałem w jaki sposób tak gigantyczna kwota zostałaby zebrana z podatków.Co więcej, należy sprywatyzować ZUS, znieść obowiązkowość ubezpieczenia, dotychczasowe należności wypłacać z podatków.
W istocie, koszta operacyjne to drobne w kontekście realnych potrzeb.Ale zakłada likwidację świadczeń socjalnych i radykalne ograniczenie kosztów operacyjnych.
Robię to zawodowo :)lepiej walczyć i edukować ludzi.Chociaż w swoim otoczeniu. Jak najwięcej się da.
-
2
-
-
Szef Solidarności: "pamiętajcie, że ta ustawa jest tylko na chwilę!" - oby, wkrótce (15 lat?) trzeba będzie podnieść do 70 lat.
Posłowie PiS: "praca do 67 roku ok, ale dobrowolna" - a broni ktoś komukolwiek zakończyć pracę zawodową w wieku 65, 60, a nawet 50 lat?
-
Co to ma wspólnego z Akademią Khana?no fajnie fajnie, tylko, że nic mi po tym, edukacje skończyłem definitywnie około roku temu - przynajmniej tą opierającą się na wkuwaniu czegoś czym w ogóle się człowiek nie interesuje, ale kilkanaście lat wstecz by się mi przydało :mrgreen:
Lista wykładów przetłumaczonych na nasz język (trzeba kliknąć Video Subtitles pod filmem):
-
1
-
-
Zależy* jak będą stały w 2014 akcje czerwonego projektu, które kupiłem w zeszłym roku. Zamierzam jeszcze dokupić kilka tysięcy w tym roku i trzymać 2-3 lata.
*Tak naprawdę, nie zależy to od w/w prawie w żadnym stopniu, ale off-topa zakończyć powinno (oby).
-
1
-
-
Daj znać czy warto sięgnąć, Ziemiański ostatnimi czasy wypadł z formy.
-
W spoilerze, bo długo.Tak troche rozkrecajac ten temat, z wlasnego podworka ;D
(...)
To, co opisujesz, nie jest (niestety) niczym dziwnym (w Polsce) czy niespotykanym. Zarobki w Polsce są takie jakie są (niskie), ponieważ (znowu: niestety) polscy pracownicy (młodzi, nie mówię o pokoleniu naszych rodziców, chociaż ono ma inne problemy) to w większości śmiech i żałość (nie twierdzę, że to jedyny powód, ale długofalowo na pewno jeden z głównych, gdyż cała gospodarka na tym cierpi). Kult narzekania przy jednoczesnym przyzwoleniu na "dymanie" pracodawcy i braku ambicji (w czym, o zgrozo, ciężko się doszukiwać czegoś złego, skoro ambicja jest w tym kraju postrzegana często negatywnie (!!!) - no bo 1) po co się przemęczać 2) narzekanie jest tak powszechnym, że niemalże intergralnym elementem mentalności młodego Polaka, a skoro tak, to po co być ambitnym, lepiej narzekać, że zarabia się mało 3) ambicja w długim okresie może prowadzić do wysokich zarobków, a wtedy będą się ludzie krzywo patrzeć, "no bo jak to możliwe, że kogoś na nowy samochód stać, pewnie nie dorobił się go uczciwie", a po co komu takie problemy, lepiej się nie wychylać) prowadzi do braku chęci do bycia lepszym w tym co się robi zawodowo, a to z punktu widzenia pracodawcy powoduje brak chęci do tworzenia sensownego systemu premiowego i podwyżek ogólnie. W większości Polacy nie kumają, że dobrze płatna praca nie należy im się "bo tak". Ba, nie należy im się nawet za sam fakt posiadania wyższego wykształcenia, choć wielu zdaje się tak sądzić. Dobrze płatna praca zawsze (pomijająć ekstremalnie rzadkie historie typu tata miliarder) skorelowana jest z umiejętnością wykonywania czegoś lepiej niż inni, w ten sposób pracodawcy bardziej opłaca się trzymać takiego pracownika (nawet dużym kosztem) niż zastępować go nowym, z kolei sam pracownik, przez swoje wysokie kwalifikacje może przebierać w ofertach. A wysokie kwalifikacje nie biorą się z sufitu, biorą się przede wszystkim z chęci samodoskonalenia i dążenia do bycia lepszym, a tego osobiście w większości osób po prostu w Polsce nie widzę. Przykładowo, w USA normalnym jest, jak przy "niedzielnym obiadku" z rodziną czy też w grupie znajomych rozmawia się o awansie, o tym ile się zarabia, ogólnie o sukcesie finansowym - w Polsce z jakichś przyczyn (których dopatrywać się nalezy chyba w mentalności rodem z poprzedniego ustroju, a jak nie w tym to nie mam pomysłu) poruszanie takich kwestii to nietakt, no chyba, że w konteście narzekania na swój los - w takiej sytuacji sukces finansowy (np. dawnego kolegi) stanowi tylko punkt odniesienia. Zresztą, aby nie szukać daleko i nie odwoływać się do ogólników - ja jestem w stanie od zera nauczyć swojego zawodu niemal każdego inteligentnego człowieka, co przełoży się na co najmniej dwie średnie krajowe w ciągu około 2 lat. Problem jednak polega na tym, że młodzi ludzie (bo takich szukam, sam będąc młodym) bardzo szybko stwierdzają, że nie chcą się dalej szkolić, rozwijać, zarabiać więcej. Te 2 klocki netto na imprezy starczy, a rodzice z domu nie wyrzucają. Zjawisko to obserwuje (czasem pośrednio, czasem bezposrednio) praktycznie w każdej branży, rozmawiając z przedsiębiorcami dowiedziałem się np. tego, że masa z nich bardzo by chciała zapłacić dobre pieniądze za stosunkowo prostą pracę (po to, aby samemu mieć czas na inne, ważniejsze rzeczy), ale od lat nie jest w stanie (!) znaleźć pracownika, która będzie chciał się uczyć, zainwestować czas (parę miesięcy najczęściej) w poznanie procesów funkcjonujących w firmie, itp. Jak rok temu mój Klient dał ogłoszenie do prasy, że szuka asystentki, to po 3 dniach dostał ponad 200 (!) maili. Do dzisiaj nikogo nie "zatrudnił" na dłużej niż miesiąc i zapewniam, bo znam człowieka, że płaci znacznie lepiej niż średnia warszawska na podobnym stanowisku. Ale jak się potencjalna kandydatka przekonuje po tygodniu, że ma jakieś obowiązki, że trzeba terminarz ogarniać, wisieć na tel. prawie non-stop, a nie tylko kawę pić w biurze, to nagle się okazuje, że aż tak to jej nie zależy. I tak samo jest praktycznie wszędzie, chwalebne wyjątki (mam szczęście znać wiele takich osób) potwierdzają smutną regułę. Możecie sami zaobserwować w czym rzecz w sklepach i obsłudze klienta ogólnie - wchodzi się do takiej Vistuli... i nic. Myślicie, ok, obsługa nie chce być nachalna, ja w takiej sytuacji zazwyczaj po prostu pytam konkretnie o to co mnie interesuje, zazwyczaj odpowiedź jest grzeczna (tutaj faktycznie widzę dużą poprawę ostatnimi laty) ale zdawkowa, rzadko da się odczuć realną chęć pomocy (aby np. sprawdzili dostępność towaru w innych salonach trzeba prosić, a przecież sami powinni to zaproponować), a przecież od tych ludzi powinna emanować wręcz sympatia i otwartość, wszak pracują częściowo na prowizji, a jednak z jakichś przyczyn im nie zależy. Ktoś powie (dużo osób, właściwie), że jak taka osoba ma być miła i uśmiechnieta, skoro zarabia 1800 złotych - tak tworzy się błędne koło. Gdyby Pani X miała lepsze niż inne panie wyniki sprzedaży, to by została przeniesiona do lepszego, a potem najlepszego salonu w mieście, gdzie zarabiałaby 2x tyle robiąc dokładnie to samo. A potem mogłaby zanieść CV do HugoBossa, a potem do Ermenegildo np. (gdzie już na nieprofesjonalną obsługę sobie nie pozwalają, więc lepiej płacą) - wszystko rozbija się o chęci.
-
3
-
-
Nie pisałem o rozumieniu zasady działania systemu emerytalnego (chociaż z tym też jest w Polsce na bakier), tylko o rozumieniu pojęć. Inwestowanie w złoto czy w ziemie tez może (acz nie musi) być III filarem i państwo nie ma nic do tego.
PS
@Kaeres Na PW odpowiem jak będę miał więcej czasu.
-
Jak w tym kraju ma się coś zmienić, skoro nawet tak podstawowe pojęcia jak "III filar" są, jak widać, kompletnie niezrozumiałe. "Inwestuj w złoto, trzeci filar to kupa", "Człowieku, z trzeciego filaru rząd zabierze siano jak tylko będzie mógł, w ziemie inwestuj". Ło matko. Nawet Wam wiki zacytuję, choć nie jest to w moim zwyczaju: "Mianem III filaru określa się także wszelkie inne dobrowolne formy oszczędzania na emeryturę." Innymi słowy, każda aktywność polegająca na akumuluwaniu wolnych środków celem skonsumowania ich po zakończeniu aktywności zawodowej, to III filar, jako dodatek do dwóch filarów obowiązkowych. Powszechne niezrozumienie tej prostej zasady powoduje, że ludzie nie oszczedzają pieniędzy w ogóle, bo przecież "III filar [rozumiany jako sprzedawane przez T.U. programy oszczędnościowe, które są bardzo zróżnicowane i nie ma możliwości, żeby rozmawiać o nich ogólnie] to oszustwo", a "na nieruchomości mnie nie stać". Lokaty/konta oszczędnościowe natomiast nie są zbyt "skuteczne" w oszczędzaniu na emeryturę, bo po pierwsze oprocentowanie takich narzędzi w najlepszym razie równoważy inflacje, a po drugie lawirowanie środkami pomiędzy lokatami kończy się w 9 przypadkach na 10 tym, że akurat "coś" jest w domu/samochodze potrzebne, albo na wakacje brakuje.
@Kaeres
Pytanie, "która firma jest najlepsza" w konteście III filaru, nie ma sensu. To tak jakbyś się pytał, która firma sprzedaje najlepszy sprzęt RTV, gdzie rozpiętość cenowa jak i różnorodność zastosowań jest gigantyczna. Piszesz, że chcesz się ubezpieczyć (zabezpieczenie dzieci) i odkładać na emeryturę, oraz że chciałbyś to połączyć. Oczywiście, pomysł jest godny pochwały, ale podchodzisz do tego ze złej strony. Nie szukaj jednego "idealnego" produktu, który będzie jednocześnie ubezpieczeniem na życie, NNW i narzędziem III-filarowym. Nie dlatego, że nie znajdziesz takowego, ale dlatego, że takie rozwiązania są drogie i w zdecydowanej większości nieefektywne. Powinieneś zacząć od ustalenia potrzebnych sum ubezpieczenia, to jest punkt wyjściowy. Musisz też określić kapitał, jakim chcesz dysponować w momencie przejścia na emeryturę (to jest znacznie trudniejsze). Co do ubezpieczeń - ile masz dzieci? Ile mają lat? Czy jesteś jedynym żywicielem rodziny, czy zarabia też żona? Ile wydajecie "na życie"? Ile oszczędności już macie? Ile macie lat? Czy macie kredyty? Jeśli tak, to ile pozostało kapitału do spłaty? Jaka jest rata? Czy i ile własnych nieruchomości posiadacie? Przykładowo, jeśli macie czteroletniego syna i zarabiacie 7000 netto, z czego 5k idzie na stałe wydatki; macie mieszkanie, nie macie kredytów. Jaki daje nam to obraz sytuacji? Ano zależy to od tego, w jakiej proporcji zarabacie te 7 koła, przyjmijmy, że Ty 4 na czysto, żona 3. Jeśli zginiesz (odpukać), Twój syn, w tym momencie w 100% zależny finansowo, będzie miał jeszcze 22 lata (założenie) do osiągnięcia finansowej niezależności. Wnosisz do budżetu 4000, czyli takiej kwoty zabraknie Twojej żonie (można argumentować, że niekoniecznie, bo będzie można w takiej sytuajci wydawać mniej np. na jedzenie czy samochód, ale z drugiej strony pojawi się prawdopodobie konieczność zatrudnienia kogoś do pomocy przy dziecku, itp.): 4000x12x22=1056000. Takiej sumy ubezpieczenia potrzebujesz Ty (żona, w moim przykładzie, nieco mniejszej). Pamiętaj jednak, że jeśli za 10 lat cały czas będziesz żył, potrzebna suma ubezpieczenia jest już znacznie mniejsza (liczymy do czasu uniezależenienia się finansowego osoby/osób uposażonych, czyli tych, których chcesz zabezpieczyć), a ponad to, przez te 10 lat uzbierasz już jakiś kapitał pod kątem emerytury (pamiętaj, że jak umrzesz, emerytura przestaje być Tobie potrzebna i zebrana kwota też jest de facto ubezpieczeniem osób do niej uposażonych), co też zmiejsza potrzebę ubezpieczeniową.
Jak znasz już potrzebne kwoty ubezpieczeń (liczysz niezależnie dwie kwoty dla siebie i żony, oczywiście trzeba uwzględnić potencjalne zadłużenia) na życie (możesz też pomyśleć nad dobrym NNW, jeśli pracujesz w biurze to przyzwoite ubezpieczenie tego typu zakosztuje Cię poniżej 500 pln/rok, przez przyzwoite mam na myśli S.U. 200000 i więcej i OWU gwarantujące wypłaty świadczeń nawet przy mało poważnych zdarzeniach typu proste złamania etc.) to liczysz składki (nie wiem ile masz lat, ale jeśli 30-35 to ubezpieczenie na milion pln nie wyniesie więcej niż 150 zeta miesięcznie) i uwzględniasz je w budżecie (swoją drogą - liczysz swój budżet? jak nie, to zacznij). Jak masz skalkulowany budżet to wydzielasz z niego kwotę, która ma iść na zabezpieczenie emerytalne i odpowiadasz sobie na pytania: w jakiej częstotliwości chcę odkładać? (można raz na rok kupić sztabkę złota, można raz na 3 lata kupić skrawek ziemi, a można raz na miesiąc zakupować jednostki wybranych FI), kiedy właściwie chcę przejść na emeryturę? (Nie sugeruj się emerytura ustawową, ona i tak ma pomijalną wysokość, równie dobrze możesz przejść na emeryturę w wieku 55 lat, jak masz za co.) Czy jestem w stanie postanowić sobie, że nie wydam tych pieniędzy wcześniej? Czy będę odkładał razem z żoną, czy potrzebuję dwóch niezależnych rozwiązań? Jest jeszcze wiele takich pytań, ale szczerze powiedziawszy, nie chce mi się dalej pisać. Jak coś to masz PW. Ja jestem nawet w stanie wysłać Wam kogoś na Śląsk, jak będziecie chcieli porozmawiać z profesjonalistą od planowania finansowego.
-
Dziś jak słuchałem radia w samochodzie, to mówili, że sekcja nie została jeszcze w pełni przeprowadzona. Poza tym zważ na to, że jeśli (ja tak uważam) nie był nieszczęśliwy wypadek i wszystko było zaplanowane, to ciężko oczekiwać, żeby wersja przekazana policji nie odpowiadała zadanym dziecku obrażeniom. Przecież oczywistym jest, że małej nie otruto, skoro twierdzą, że spadła na głowę :P . Dla mnie logiczne jest tutaj jedynie morderstwo (i nie kupuję tego, że ojciec traktowany jest przez policję jako świadek, to jest tylko wersja oficjalna, dla mediów - zeznania gościa od początku nie trzymają się kupy), a obrażenia głowy do tej wersji pasują. Nawet nie wiem, czy dokładna sekcja jest w stanie wykazać bezspornie róznice pomiędzy celowo zadanym ciosem, a uderzeniem o próg; czy po tym, co przeszło ciało, taka sekcja może być decydującym materiałem dowodowym. Raczej potrzebne jest tutaj udowodnienie nielogiczności w zeznaniach ojca. Ciekawe, że nic nie mówi się o tym koledze ojca, który podwiózł go do sklepu w dzień zniknięcia córki, przecież to jest bardzo ważny punkt dochodzenia. Wynikałoby z tego, że policja celowo (i słusznie) nie przekazuje mediom informacji o prowadzonym śledztwie (bo takowe zapewne jest prowadzone i uwzględnia scenariusz morderstwa z premedytacją oraz udział męża).źle mówileś
-
1
-
-
Nie chcę mówić "a nie mówiłem", ale mówiłem :PNa razie wiadomo tylko tyle, że podobno zdjęli czapkę z głowy dziecka i nie było tam ani śladów krwi ani innych znaków wskazujących na uderzenie (szramy, siniaki). Robi się coraz ciekawiej co nie zmienia faktu, że zalatuje niezłym patolem.
-
Jasna sprawa, że pieniądze grają niebagatelną rolę w badaniach naukowych, zresztą moim celem nie jest argumentowanie, dlaczego odnosimy tak mało (jak na blisko 40-milionowy kraj) sukcesów na tym polu. Zauważam tylko, że zachodni model nauczania sprawdza się w praktyce. I nawet jeżeli specjalizacja "przybiera tam czasami absurdalne formy", wolę to, niż absurdalnie szeroką wiedzę ogólną, serwowaną u nas obecnie.Uzyskanie nagrody Nobla wymaga o ile wiem przeprowadzenia badań naukowych, by udowodnić swoje tezy lub działanie wynalazku (pomijam pokojowe nagrody Nobla, przyznawane z powodów politycznych i nic nie warte - fakt, że otrzymał tę nagrodę prezydent kraju prowadzącego kilka wojen na świecie sprowadza jej wartość właściwie do kategorii medalu z kartofla). Przy naszych krajowych wydatkach na naukę, które oscylują wokół pojedynczych procentów budżetu, trudno o inne rezultaty.
Nie wiem, kto wmawia studentom takie rzeczy, ale wątpie, aby było to powszechne :P Mi tam wykładowcy na pierwszym roku raczej mówili, że właśnie jak się nie będę uczył samodzielnie, to daleko nie zajdę; oraz że wiedza ogólna jest do niczego nie potrzebna na rynku pracy.Na razie próbuje się to łatać prowizorycznie, wmawiając naiwnym studentom na pierwszym roku, że właściwie to oni potrafią wszystko, bo mają szeroką wiedzę ogólną i znajdują się na uczelni tak elitarnej, że ojejku jej.
-
Jakich "takich decyzji"? Czy rozmowa dotyczy jakichkolwiek innych decyzji poza wyborem profilu nauczania? Ja w każdym razie piszę cały czas o tym, nie o np. wyborze pracy - staram się trzymać tematu reformy, nie odbiegajmy od niego może przesadnie.Pisałem, że wtedy przeciętny człowiek jest wystarczająco dojrzały do podejmowania takich decyzji. Nic o nauce, nic o profilowaniu.
Bywa :PJeszcze wracając lekko do tematu "pani w banku i kalkulatora", to jakiś czas temu miałem podobną sytuację w biurze podróży, kiedy uświadomiłem panią kiedy jest sezon turystyczny w miejscu gdzie chciałem jechać, bo niestety nie była pewna. Z wizą się pomyliła, nie trzeba wyrabiać przed odlotem, jest darmowa na miejscu. Chyba za dużo wymagam?

Zarobki, praca
w Ośla łączka
Opublikowano
Diagnostyki nie robiłem nigdy, ale za zmianę kompletu opon (17'' alu) dałem ostatnio 150.
Generalnie faktem jest, że usługi są w Warszawie droższe niż w mniejszych miastach (chociaż wątpię, czy droższe niż np. w Krakowie - na pewno restauracje w Krakowie są co najmniej tak samo drogie, a moim zdaniem gorsze), znacznie droższe są też mieszkania i więcej płaci się za ich wykończenie, ale nie ma w tym nic nadzwyczajnego - w Paryżu też jest drożej niż nawet kilka kilometrów pod nim, to samo tyczy się właściwie każdej europejskiej stolicy. Płaci się za bliskość centrów handlowo-usługowych, bliskość do miejsca pracy, mnogość teatrów i innych obiektów kulturowych, etc... A że nie każdy tego potrzebuje, to cóż - nikt nie broni kupić mieszkania/domu na przedmieściach.